Uroda

Żel aloesowy, klapa czy cudotwórca?

13 października 2017

Od jakiegoś czasu stan mojej skóry zdecydowanie się pogorszył. Nie przykładałam się dostatecznie do nawadniania organizmu, odpowiedniej pielęgnacji i ruchu na świeżym powietrzu. Okres grzewczy też robi swoje. Dodatkowo konieczność nakładania codziennego makijażu do pracy nie podziałał zbawiennie na jej wygląd. Skutki mogę zobaczyć w lustrze. Głębsze zmarszczki, szorstkość, niedoskonałości i brak jednolitości widoczne jak na dłoni. Najbardziej właśnie przeszkadzała mi przesuszona cera, która była ewidentnie spowodowana niedostatecznym piciem wody i to w niej dopatrywałam źródła moich kłopotów. A nasz związek jest dość trudny, bo są okresy kiedy masowo piję wodę, jednak po nich przychodzą okresy posuchy i wtedy zamiast tego życiodajnego płynu wolę odwadniającą kawę. Z tego też powodu sięgnęłam po argumenty działające na kobiecą psychikę – mam ładniejsze szklaneczki i kieliszki, które mają wspomóc wyrobienia nawyku systematycznego sięgania po wodę.

 

Po dogłębnym przeszukaniu sieci i przeczytaniu setek recenzji przeróżnych kremów obiecujących cudowne działanie postanowiłam sięgnąć po najprostsze rozwiązanie. Żel aloesowy.
O jego bardzo dobrym działaniu czytałam już kilka lat temu, jednak jakoś nie było mi z nim po drodze. Może dlatego, że nie lubię kosmetyków o żelowej konsystencji. Zawsze wydawało mi się, że po aplikacji „ściągają” skórę, a ja nie znoszę tego efektu. Oprócz tego, pojemność tego specyfiku w moim ulubionym sklepie mocno mnie zniechęcała – 500 ml ! Co ja z takim kolosem będę robiła, jak go zużyję? Obawiałam się, że podzieli los kilku innych pełnowymiarowych kosmetyków, które zupełnie nietrafione zbierają kurz na półce. Ale wiecie jak to jest…szkoda wyrzucić…
Tym sposobem do zakupu żelu aloesowego podchodziłam już kilkakrotnie, a to niepodobne do mnie, bo zwykle kiedy coś ma rozsądną cenę i dobre opinie to ładuję do sklepowego koszyka. No i w końcu tak się stało!

 

Żel aloesowy, klapa czy cudotwórca ?

 

Kupiłam dość popularny żel Holika Holika, który zawiera aż 99% ekstraktu z aloesu. Niestety, moje poszukiwania kosmetyku o pojemności 50 ml spełzły na niczym i do domu musiałam wrócić z wielkim opakowaniem, co prawda nie 500 a 250 ml, ale spektrum jego zastosowania jest ogromne, więc można powiedzieć, że idzie jak woda!

Co pisze o nim producent:

Wielofunkcyjny aloesowy żel, który zawiera 99% ekstraktu z aloesu. Może być stosowany do każdego rodzaju skóry twarzy i ciała. Koreański żel aloesowy marki Holika Holika jest hipoalergiczny. Nadaje się również do skóry wrażliwej, podrażnionej i problematycznej. Nie zawiera parabenów, olejów mineralnych, sztucznych barwników oraz składników pochodzenia zwierzęcego

Opinie na Wizażu były rewelacyjne i miałam naprawdę ogromne oczekiwania względem tego produktu. Jako że moja cera ma tendencje do zapychania, tak spodziewałam się, że mimo naturalnego składu mogą spotkać mnie niemiłe niespodzianki na twarzy.

Zacznę od minusów, a właściwie jednego, jedynego minusa – opakowanie mimo iż piękne, tak jest totalnie niepraktyczne. Twarde, z trudem dozujące odpowiednią ilość żelu. Zwykle wyleci go tyle, że mogę posmarować ręce i dekolt, a jak bym się uparła to i nogi! To naprawdę denerwujące!

Pierwsze użycie nie powaliło mnie działaniem. Spodziewałam się zauważalnego nawilżenia, tymczasem nie tylko jego nie widziałam, ale również nie poczułam. Fakt, żel aloesowy wchłania się błyskawicznie i nie pozostawia po sobie uczucia ściągnięcia, co jest dla mnie ogromnym plusem. Jednak oprócz tego nie zauważyłam nic więcej. Zachodziłam w głowę, skąd tak pochlebne opinie i zachwyty, ja w każdym razie nic nie zauważyłam. Do czasu. Jakoś tak to się stało, że z jednej strony nie widziałam przez pewien czas, jednak piękny zapach i lekkie uczucie odświeżenia tuż po aplikacji nie pozwoliło mi odłożyć tego produktu na półkę zapomnianych kosmetyków. Aplikowałam bez namysłu zawsze pod krem i na pierwsze efekty przyszło mi czekać ok 2 tygodnie! Zauważyłam, że po regularnym stosowaniu moja cera stała się ukojona, jednolita i zauważalnie bardziej nawilżona. Zaczerwienia były tylko smutnym wspomnieniem, a żel mnie nie „zapchał“, czego obawiałam się najbardziej. Znalazłam też inne zastosowanie kosmetyku – dodawałam go zamiast wody do masek algowych i w tym przypadku spisał się na medal! Wiem, że dziewczyny stosują też żel aloesowy jako dodatek do maseczek do włosów, jednak mi takie zastosowanie nie przypadło do gustu.

 

Inne zastosowania kosmetyku:

Serum pod krem
Baza pod makijaż
Preparat kojący skórę po opalaniu
Wspomagacz w procesie gojenia ran

 

Podsumowując, bardzo polecam Wam ten kosmetyk. Myślę, że to jeden z „ Tych“ , które mogą zrewolucjonizować codzienną pielęgnację i kosmetyczkę.

 

Sprawdź inne wpisy

3 komentarze

  • Odpowiedz kfiatushek 16 października 2017 at 11:57

    Ha! Przybij piątkę w kolejnej kwestii. Nie mam pojęcia dlaczego, ale ja też wodę omijam szerooookim łukiem. I co najlepsze sama nie wiem dlaczego. Teraz sama siebie zmuszam do picia, bo muszę.

    • Odpowiedz Anna Popis 16 października 2017 at 18:56

      W poprzedniej pracy miałam koleżankę, która chcąc schudnąć do swojego ślubu hektolitrami piła wodę. Metodą naśladownictwa też chętniej sięgałam po wodę i z moją skórą faktycznie było lepiej. Teraz, gdy zmieniłam pracę i w około same osoby ze wstrętem do wody za to niepohamowanym pociągiem do kawy spoczęłam na wodnych laurach…ale właśnie nalałam sobie ozdobną szklaneczkę, czwartą już z kolei i mocno pracuję nad sobą;-) u mnie skutki rezygnacji z częstego picia widać praktycznie od razu…Taka durnowata natura, wiem co mi nie służy, a mimo to nie zmieniam tego…to się potocznie nazywa chyba lenistwo;-)

    Zostaw odpowiedź