Kobiecym Okiem

Zakompleksione kobiety, wyzwoleni mężczyźni.

1 lutego 2017

Jakiś czas temu zadałam mojemu mężowi bardzo, jak dla mnie kobiety, skomplikowane, pytanie: Gdybyś miał pieniądze, czas, możliwość skorzystania z usług najlepszego na świecie lekarza chirurgii plastycznej i pewność, że nic Cię nie będzie bolało i wszystko pójdzie po twojej myśli, to co byś w sobie zmienił?”. Tak czysto hipotetycznie i raczej w formie zabawy. W kobiecym gronie takie pytania wymagają conajmniej godzinnego obgadania, a później kolejnej na dywagacje. Tutaj też spodziewałam się potoku słów, a w zamian dostałam krótkie „Nic”. Już podczas wypowiadania mojego pytania zrozumiałam, że to jedno z tych, które nigdy mężczyźnie nie wolno zadawać.
No, ale „Nic?” jak to „Nic?„ Próbowałam delikatnie naprowadzać na elementy, które mogłyby wymagać pewnej ingerencji. Co z resztą tylko pogarszało moją sytuację. W odpowiedzi usłyszałam oschłe „Jest dobrze tak, jak jest, po co miałbym coś zmieniać? Jestem zadowolony”. Noo! Zadowolony?! Rozumiem, jest przyjemnym dla oka , przystojnym facetem, ja w sumie też nie jestem szczególnie zrozpaczona swoim wyglądem, no ale gdybym miała wyżej wymienione możliwości, to tak na już przyszłyby mi do głowy cztery „rzeczy” do wymiany lub poprawy. Nie muszę chyba wspominać, że po moim pytaniu resztę wieczoru spędziliśmy w ciszy.

Myślałam, że to jedynie mój domowy egzemplarz jest taki zadowolony i pewny siebie, ale zwątpiłam, kiedy dostałam podobne odpowiedzi od kilku innych znajomych mężczyzn.
Jak to jest, że nam, kobietom, tak łatwo jest dostrzegać, czasami wyimaginowane niedostatki, podczas gdy mężczyźni albo ich nie widzą, albo całkowicie ignorują, skupiając się jedynie na swoich mocnych stronach? Już w myślach słyszę męski, pełen ironii glos: „Bo my nie zajmujemy się takimi pierdołami”.

Z reguły nie zaglądam do męskiej prasy, bo albo nie interesuje mnie tematyka, albo wolę nie wiedzieć co czyta i ogląda mój partner. I nie chodzi mi tutaj o pisemka z rozbieranymi panienkami, bo takie w ogóle nie mają u nas w domu racji bytu. Zrobiłam to jednak z czystej ciekawości, spodziewając się męskich odpowiedników artykułów popularnych w babskich gazetach, czyli, „Co masz zrobić, aby uszczęśliwić?, Jak masz wyglądać, żeby Cię pożądała? itp. Ale nic z tego! Owszem, było sporo treści poświęconej ćwiczeniom, ale jej wydźwięk był raczej, „Zrób SOBIE sześciopak, bądź z SIEBIE zadowolony. Było też sporo modowych inspiracji i podobny ton: Ubierz się dobrze, czuj SIĘ dobrze. Ani słowa o nas! Eureka! Oni nie robią nic pod nas i dla nas.

Przynajmniej nie zauważyłam, żeby była im wbijana do głów presja, że ich powinnością i nadrzędnym celem jest podobać się kobietom, a miernikiem ich wartości jest wygląd. W przeciwieństwie do nas, gdzie na niemalże każdej stronie jesteśmy bombardowane hasłami „Rozpal Jego zmysły, Jakie kobiety lubią mężczyźni, Jak się ubrać, żeby się Jemu podobać, Jaką bieliznę na twoim ciele lubią mężczyźni, itd. Straszne to. Zwykle takie tytuły przypisywałam prasie dedykowanej nastolatkom lub dwudziestoletnim dziewczynom. Ale podobno czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. To jeden z powodów, dla których sto lat temu zrezygnowałam z kupowania miesięcznika noszącego tą samą nazwę, co mój ulubiony drink.

I tak sobie myślę, to nie nasza wina, że widzimy swoje niedostatki i często mamy na ich punkcie niesłuszny kompleks. Jak ich nie mieć, skoro co rusz przy kolejnym wydaniu kobiecych gazet dowiadujemy się o powstaniu nowego estetycznego defektu w wyglądzie, o którym wcześniej nie miałyśmy pojęcia i z którym musimy walczyć na każdym froncie. Od podanych odpowiednich kosmetyków, po podsunięte pod nos adresy do specjalistów gotowych nam pomóc za „niewielką opłatą”. To fajnie, że kultura dbania o siebie jest propagowana przez media, ale dobrze byłoby też, gdyby działało to w dwie strony. To, że od nas, kobiet, wymaga się zdecydowanie więcej niż od mężczyzn nie jest żadną nowością, ba! nauczyłyśmy się już z tym żyć, uznając to nawet za normalne, a wręcz konieczne. Ale na Boga, ja też chcę idąc ulicą patrzeć na zadbanych, dobrze ubranych mężczyzn. Poza nielicznymi przypadkami to wciąż egzotyczny widok. I nie chcę słyszeć, że to przywilej jedynie bardzo dobrze zarabiających mężczyzn albo gejów. Czy wciąż pokutuje stare ludowe porzekadło, że „Mężczyzna ma być tylko trochę ładniejszy od diabła?” To kobieta powinna być ozdobą mężczyzny, czy to tylko wymysł naszego kręgu kulturowego, czytaj, leniwych facetów?

Pomieszkując za naszą zachodnią granicą zauważyłam, że tam proporcje są zupełnie odwrotne. Ładna, zadbana kobieta to bardzo rzadki widok, najczęściej importowy towar, natomiast na co drugim mężczyźnie można zawiesić oko na dłużej. Mój znajomy, pracujący w dużej niemieckiej spedycji mówi, że najwięcej transportów z kosmetykami idzie do naszego kraju. W branży określają to nawet mianem polskim, babskim boomem na te środki. To daje sporo do myślenia.

Mam ochotę zadać pytanie statystycznemu Nowakowi, czy te balasty na przedniej stronie ciała, wątłe, rzadkie ciała, fatalne, niemodne i przerzedzone fryzury o ubiorze nie wspominając, mają być dla nas, kobiet, odpowiednią zapłatą za naszą szlifowaną u kosmetyczki, na siłowni i w domowym zaciszu i doskonałość? A może mężczyzną wystarczy jedynie być i cały problem z głowy?

Patrząc na to jednak z drugiej strony, dobrze przypominam sobie pewną, dającą sporo do myślenia, historię, którą opowiedziała mi moja koleżanka. A mianowicie, pomijając stopień mojej zażyłości z tą osobą i okoliczności zdarzenia, pewnego wieczoru wybrała się z kolegą do klubu, gdzie swoje wdzięki prężyła specjalistka od Pole Dance. Koledze oczywiście bardzo się podobało do czasu, gdy koleżanka zwróciła uwagę na pewien ważny, jej zdaniem, defekt, mianowicie spory celullit, który opanował ciało tancerki. Kolega spojrzał zaskoczony i stwierdził, że dotychczas nie mial pojęcia o jego istnieniu, ale od teraz cały urok roztańczonej dziewczyny prysł. Znajomi spotkali się ponownie po jakimś czasie. Chłopak miał spore pretensje do koleżanki, że od czasu kiedy zwróciła mu uwagę na te nierówności na ciele, nie może inaczej spojrzeć na kobietę, niż przez pryzmat posiadanego, lub nie, cellulitu. A że było lato, jego oczy krwawiły.

I tak sobie myślę, czy my, kobiety, nie robimy sobie „czarnego PR-iaru”? Po jaką cholerę wywoływać głośno i po imieniu defekty, z którymi rzekomo się borykamy? Najpewniej oni nie mają pojęcia o naszych, naszym zdaniem, niedostatkach. A może mężczyźni pod tym względem są parę kroków przed nami i na pytanie „ Co byś w sobie zmienił, gdybyś mógł?” wolą odpowiedzieć „Nic” i pozostawić nas w słodkiej nieświadomości walki, jaką muszą toczyć ze swoimi estetycznymi demonami. Przecież rzekomo ukazanie przez mężczyznę słabości jest uważane za totalnie niemęskie, a „bycie niemęskim” to chyba największy kompleks w jaki mogą wpaść faceci.

Chciałabym zakończyć moje rozważania pozytywną puentą, że skoro nie mamy wpływu na nasze braki, to po co zaprzątać sobie nimi głowę, ale nie byłabym sobą, kobietą, gdybym nie wtrąciła, że tylko takimi brakami, nad którymi praca nic nie da. Mam nadzieję, że czasy kiedy mężczyźni będą wymagali od siebie tyle, co od nas niedługo i sprawiedliwie nadejdą.

Sprawdź inne wpisy

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź