Parenting

Taką mamą chcę być – moje, jeszcze ciążowe, założenia i co z nich zostało

12 lipca 2017

 

Jeszcze dobrych kilka lat temu, zanim w ogóle temat dziecka wchodził w grę, na widok fajnej (w moim mniemaniu) Młodej Mamy z dzieckiem myślałam: O kiedyś, za sto lat, taką mamą chcę być! Taką, czyli jaką? No właśnie, fajną rzecz jasna!
Tkwiłam twardo w swoim postanowieniu, a wizyty u znajomych Młodych Mam tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że na pewno taką się nie stanę. Nie zamierzałam być mamą i tylko mamą, chcę być przecież jeszcze Kobietą!
W okresie ciążowym stworzyłam sobie w głowie taką moją małą listę z postanowieniami. Odnosiły się one nie tylko do kwestii wychowawczych, ale także takich typowo kobiecych spraw, jak dbanie o siebie, o swoje zainteresowania i dostrzeganie jeszcze setek innych spraw wychodzących poza pielęgnację i troskę o dziecko. Powtarzałam to jak mantrę, „Dziecko to nie wszystko, jesteś jeszcze Ty!“ Jednak pojawienie się na świecie Rumcajsika mocno zweryfikowało moje założenia. A co z nich pozostało? Tu na usta ciśnie się tajemniczy uśmiech…

Pierwszym, najważniejszym dla mnie postanowieniem było to, że nie stanę się „dresową” mamą. Taką zasiedziałą, w powyciąganych spodniach dresowych, bez grama makijażu, z dodatkowa oponką na brzuchu, pożerającą tłuste żarcie bo co mi tam, jestem mamą! No i co? I przez pierwsze trzy miesiące nią byłam! Tak, tak! No może z tym żarciem przesadziłam, bo zawsze starałam się odżywiać zdrowo i fastfoody i inne tłuste dania nigdy mnie nie pociągały smakowo.. Dodatkowo miałam nieświeże włosy lub świeże, ale zupełnie nie wymodelowane, co u mnie, osoby z puszącymi się i sterczącymi na każdą stronę , wyglądało to źle, po prostu źle… Nie miałam czasu (jak wtedy mi się wydawało) na takie pierdoły jak makijaż czy pomalowanie paznokci. Raz przy bliskich stwierdziłam, że nigdy nie wyglądałam gorzej. Niestety, nie zaprzeczyli.

Te pierwsze tygodnie były dla mnie bardzo ciężkie. Dla osoby, która zawsze dbała o siebie i miała czas na jogging, siłownię, fryzjera, pomalowanie paznokci i półgodzinny makijaż (oczywiście nie wszystko w jeden dzień), to co nastąpiło, było istną zagładą. I choć moja figura wyglądała w miarę ok, to ja czułam się ze sobą fatalnie. Macierzyństwo totalnie mnie pochłonęło i zapomniałam o sobie, jako kobiecie. Otrzęsienie nastąpiło raz w parku, kiedy zobaczyłam właśnie „fajna młodą mamę”. Ładnie ubrana, lekki makijaż, ułożone włosy. Miło było popatrzeć. Pomyślałam: – Anka, co z tobą do cholery! Jak ty wyglądasz, wstyd spotkać znajomych! Ty miałaś być fajna, a jesteś cieniem swojej najgorszej wersji. Stać nas na więcej. Bierz się do roboty i idź prostuj włosy”.
I tak też się stało. Zaczęłam przykładać większą wagę do ubioru i ogólnego wyglądu. Włączyłam w to wszystko półgodzinne bieganie co drugi dzień. Zadziałało, przewietrzyłam głowę i powoli zaczęłam wskakiwać na właściwe tory. Marazm odszedł w cholerę. Naprawdę łatwo się zapuścić i zakopać własną kobiecość pod przykrywką bycia mamą.

Choć z realizacją pierwszego postanowienia miałam problemy, tak z drugim w miarę się trzymam. Zanim zostałam mamą, wizyty u moich dzieciatych koleżanek traktowałam jak najlepszą terapię antykoncepcyjną. Nie dlatego, że nie znosiłam dzieci, ale dlatego, że nie znosiłam tych znajomych mi dziewczyn, które niedawno mamami się stały! Rozumiem, macierzyństwo pochłania, ale pozwól, że pochłonie tylko Ciebie. Odwiedzam Cię bo chce, nie dlatego, że muszę i proszę, nie zmieniaj tego. Zaczyna się niewinnie : Popatrz na zdjęcie, jaką Maciuś zrobil tutaj minkę, a tu popatrz jak tu rączka macha, a tu jak je bułeczkę” Luuuudzie! Kobieto, daj spokój! Przecież widzę Maciusia, o tu, stoi koło mnie i prezentuje mi cały wachlarz opanowanych minek. Fajnie, nie dręcz mnie więcej. Oczywiście taki monolog przeprowadzam u siebie w głowie, na zewnątrz jestem uśmiechnięta i „zainteresowana” grymasami twarzy i machaniem rączek Maciusia, ale przyrzekam, długo mnie tu nie zobaczysz.

Później rozmowy kręcą się już tylko, TYLKO, i wyłącznie wokół Maciusia. Co się z nią stało? Była fajną dziewczyną zanim nie została Mamuśką. Maciuś oddaj mi Kaśkę! Po takich wizytach byłam wykończona, biegłam do domu, kierunek komoda z pudełeczkiem tabletek antykoncepcyjnych i upewniałam się, czy oby na pewno jakiejś nie pominęłam!
Rozumiem wszystko, zachwyt nad nowym przybyszem. Ale kilka, powtarzam, kilka wzmianek WY- STAR- CZY! i tej zasady staram się trzymać na codzień.

Oczywiście, uwielbiam mówić o Rumcajsiku i jeśli ktoś jest naprawdę zainteresowany i ciągnie temat, to kontynuuje, ale na Boga, wszystko ma swoje granice. Już jestem zmęczona ciągłym opowiadaniem o sprawach dotyczących dziecka. Oprócz bycia mamą jestem jeszcze kobietą. Pogadajmy o facetach!

 

Sport zawsze był obecny w moim życiu. Bardziej lub mniej intensywniej, ale wiem, że całkowita rezygnacja z niego prowadzi do „bylejakości” w samopoczuciu i ciele. Dlatego też, obiecałam sobie, że nie zniknie on po pojawieniu się dziecka. No i z tym nie było tak kolorowo. Po pierwsze, na początku nie miałam na to czasu, po drugie, nie miałam sil. Ale pewnego pięknego ranka, pchając wózek po do bólu znanej drodze w parku, dostałam zadyszki wdrapując się pod górkę, pod którą zwykle wbiegałam sprintem. Szlag mnie trafił, że dopuściłam się do takiego stanu. Już nie chciałam zasłaniać się głupimi wymówkami, że „nie mam jak, bo mam dziecko”. Po przeanalizowaniu budżetu, kupiliśmy joggera i tym samym włączyłam Małego w moją aktywność fizyczną.Co później z tego zakupu wyniknęło możecie przeczytać tutaj, jednak cel był szczytny… Powracając do sportu, chcę żeby był mocno obecny w życiu Małego i zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby miał możliwość spróbować jak najwiecej dyscyplin. To założenie akurat się nie zmieniło i jest najdokładniej ze wszystkich egzekwowane.

Jak byłam mała, mój tata zawsze wydawał mi się tym wyluzowanym rodzicem. Nie krzyczał, wszystko przyjmował spokojnie, z nim była zabawa. A mama była tą osobą, która trzymała dom i wszystko, co z nim związane w ryzach. To ona zawsze „psuła zabawę” tekstami: „uważaj, tak można zrobić sobie krzywdę”, „nie biegaj tak szybko”, „daj rękę, przechodzimy przez ulice”, „czas coś zjeść“. „pora spać“ itd. Obiecałam sobie kiedyś, że będę takim rodzicem, jak tata. Spokojna, wyluzowana. No i co z tego zostało? Zawsze przerywam zabawę moim chłopakom tekstem „ pora jedzenia”, albo „wracajcie, trzeba się cieplej ubrać”. Hmmm taka już rola mamy. Dopiero człowiek w pełni rozumie swoich rodziców kiedy sam się nim staje.
Ciężko być wyluzowanym, kiedy stajesz się odpowiedzialny za czyjeś życie, za ugotowanie dwóch dań, deseru, przygotowanie podwieczorka, spacerów, zorganizowanie wspólnej zabawy, jakiejś atrakcji, stworzenie domu itd.

Kiedyś, lata przed pojawieniem się Małego, obiecaliśmy sobie z mężem, że jeśli pojawi się dziecko, to nie zawładnie naszym światem. Będziemy dalej dla siebie najważniejsi, będziemy wychodzić ze znajomymi i uspokajać dziecko jednym spojrzeniem – tak będzie się nas słuchało! Co z tego zostało? Skomentujmy to wymownym milczeniem…

Cierpliwość miała być moim drugim imieniem. Zupełnie wbrew mojemu charakterowi i temperamentowi, ale co tam, kobieta w ciąży snuje naprawdę romantyczne i niepoprawne politycznie plany tudzież historie. I choć na początku faktycznie, byłam ostoją spokoju i wyrozumiałości, tak odeszła ona w zapomnienie w momencie wejście w okres buntu dwulatka…Coś we mnie pękło i nie raz szlag mnie trafił. Krzyknę, tupnę nogą i zawyję w środku z bólu serca. I przyznaję bez bicia, na początku miałam wyrzuty sumienia, tak teraz wiem, że wcześniejsze założenia trochę pozbawiały mnie możliwości bycia człowiekiem, takim z krwi i kości. Bo matka też ludź i emocji długo tłumić nie może – o ile artykułowane są w humanitarny i nie krzywdzący nikogo sposób. Tak po ludzku.

Od kiedy stałam się mamą bardzo dużo myślę o tym, co przekażę mojemu Małemu, czego chcę go nauczyć, co ciekawego chcę mu pokazać, jaki kręgosłup moralny chce mu dać, jakie wspomnienia zbudować. Przed nami kawal drogi życia, a ja chcę być naocznym świadkiem każdej ważnej chwili. I myślę, że najważniejsze założenie to takie z długim okresem przydatności. Takie, nad którym pracuję codziennie – to bycie OBECNĄ mamą, bo myślę, że tylko taka jest fajną mamą…

Sprawdź inne wpisy

2 komentarze

  • Odpowiedz kfiatushek 13 lipca 2017 at 06:23

    Tak, wizje, które snujemy w głowie w czasie ciąży są troche jak science fiction, bo w praktyce nijak mają się do rzeczywistosci. U mnie też wielkie załozenia szlag trafił, a rzeczywistosc mocno zweryfikowała moje plany, dlatego teraz staram się tworzyć plan na bieżąco i zależnie od sytuacji 😛

    • Odpowiedz Anna Popis 13 lipca 2017 at 18:20

      I to jest bardzo dobre podejście ;-)Pozdrawiam :-*

    Zostaw odpowiedź