Parenting

Sztuka przetrwania z dzieckiem w domu, czyli 4 skuteczne sposoby na lepsze życie pod jednym dachem i książka doskonała, która kradnie każdy nasz wieczór

22 maja 2020

 

Słuchajcie, to jest hit! Metodą prób i błędów wypracowałam 4 skuteczne sposoby na wyegzekwowanie porządku w pokoju dziecka, wcześniejszego chodzenia spać, braku konieczności zabawiania go oraz kilku innych spraw, które dają żyć Matce bez przybierania w nowe zmarszczki. Ostatnio ograniczyłam bardzo mocno okołodziecięce tematy, ale muszę, po prostu muszę podzielić się z Wami tą wiedzą, bo wiem że i Wam mogą pomóc.To jak z dobrym przepisem na ciacho – trzeba go puścić dalej w świat.

 

Na początku marca wraz z komunikatem o ograniczeniu naszych swobód i konieczności izolowania się w domu nasz świat kompletnie się zmienił. Sama nie wiem czego bałam się bardziej – niebezpiecznego wirusa czy przymusowego zostania z dzieckiem w domu…

 

Na początku, jak pewnie większość rodziców, wpadłam na dziki pomysł zapewnienia dziecku domowych rozrywek, aby ten czas mógł być dla niego bardziej znośny. Chciałam wypełnić tą lukę braku przedszkola i kolegów, wręcz czułam się za to odpowiedzialna. A biorąc pod uwagę to, że Młody ma bardzo dominujący wręcz władczy charakter i wielki temperament, nie mogło to być łatwym zadaniem.

 

 Zaczęły się wieczory filmowe, w ruch poszły filmiki z kreatywnymi zabawami z dzieckiem, wspólne wycinanie, rysowanie, śpiewanie, bawienie się, a właściwie zabawianie i wszystko to, co doprowadza rodzica do ruiny, nie wróć, Matkę – bo to ona jakoś dziwnym sposobem staje się za wszystko odpowiedzialna. 

Dotychczasowe pory spania o 20.00 szlag trafił, umiejętność samodzielnego bawienia się odeszła w zapomnienie, a porządek w pokoju był smutnym wspomnieniem czasów sprzed narodowej kwarantanny. No nudzi się biedne dziecko, więc nie będę kruszyła kopi o porozrzucane po całym mieszkaniu zabawki – tak sobie to tłumaczyłam co jakiś czas kląć na czasy, w jakich przyszło na żyć, ale wciąż też mając nadzieję, że to się wkrótce skończy. Tak funkcjonowaliśmy kilka tygodni, a ja na same hasło „chodź się pobawić” dostawałam wstrząsu anafilaktycznego. Miałam wrażenie, że czas zrobił mi kawał i zawrócił mnie do okresu sprzed 4 lat, gdy „siedziałam w domu z dzieckiem”. 

No ale że nasza cierpliwość, która nigdy nie była moją mocną stroną, wraz z kolejnymi komunikatami rządu była wystawiana na drastyczne próby, tak zdałam sobie sprawę, że na dotychczasowym domowym systemie daleko nie zajadę i albo strawi mnie i wypluje odgrywanie przymusowego „domowego przedszkola” albo zmienię system działania i jakoś wyjdę z tego obronną ręką, bo na śmierć koronawirusa i powrót do normalności narazie nie ma co liczyć. I tak oto uzbroiłam się w pewne cwaniactwo i wstałam z mamuśkowych kolan.

 

 

 

#1 Nuda….

 

Moje ostatnie odkrycie –  Nie ma nic lepszego niż nuda! Do niedawna panicznie się jej bałam, a raczej tego, że może doskwierać mojemu „biednemu” dziecku. I tak oto zaczynałam dzień od zastanawiania się, co my dzisiaj będziemy robić, żeby ciekawie przeżyć dzień. Albo raczej, co będę dziś robiła z Małym, aby dzień był dla niego ciekawy…

Teraz brzmi to tak: Nudzisz się? Co z tego, ja też czasami się nudzę. Ale dzięki tej dziwnej przypadłości mam wysprzątaną zawartość komód i szaf, przeczytanych kilka książek i sporo nadrobionych zaległości. Czyli jak widać, można produktywnie spożytkować ten czas i wpaść na porządkowe pomysły, na które wcześniej się nie wpadało 😉 

Zdjęłam z siebie odpowiedzialność za dostarczanie w domu rozrywek. Wycinanie, wymyślanie, zabawianie na siłę, odtwarzanie kartonowych orłów i kogutów z przedszkolnych zadań wysyłanych przez panią na messendżerze nie jest dla mnie. Działa wręcz na mnie drażniąco. Co innego pomoc w zadaniach, a co innego konieczność aktywnego uczestniczenia w nich i czerpania przyjemności na siłę. 

Nie mam ochoty zmuszać się do zabawy, na którą aktualnie nie mam ochoty. Już nie. Nie odczuwam krzty wyrzutów sumienia, a wypracowanie takiego podejścia zajęło mi 6 lat!!

Masz kredki, klocki, samochodziki i inne nadprogramowe pierdoły, a przede wszystkim dwie zdrowe ręce i głowę, która działa na pełnych obrotach, więc jestem pewna, że dasz sobie radę bez mojego wkładu.

 

 

Nuda matką wynalazków, czyli dlaczego nie wolno zabierać dziecku wędki?

 

 

Przyznaję się, że sama ukręciłam na siebie bata, bo od zawsze, kierując się dobrymi chęciami, starałam się zorganizować czas Małemu, nieświadomie pozbawiając go szansy na ogromnie ważny rozwój poprzez nudę. Często się denerwowałam, bo jak można nudzić się mając tyle uwagi i zabawek ? Ale dla mnie hasło dziecka „nudzi mi się” oznaczało – postaraj się bardziej kobieto, nie wiem, skacz, rysuj, tańcz, bądź lepszą matką, nie zawodź, bierz zabawki do łapy i zasuwaj, bo dziecko się nudzi! Czułam się odpowiedzialna za to, żeby ciągle coś się działo. Teraz zbieram plony matki cyrkówki. Małymi krokami nadrabiamy błędy przeszłości, za które odpowiedzialność w pełni biorę na klatę. Oczywiście jestem gdzieś tam z boku, ale już raczej jako obserwator, a nie aktywny uczestnik. Chyba że sama mam ochotę przyłączyć się do zabawy. Delikatnie wpajam Młodemu zasadę : –  Jak sobie zorganizujesz czas, tak będziesz miał. I pochwalę się, że idzie mu coraz lepiej!

 Powiem Wam, choć wstyd się przyznać, że dopiero całkiem niedawno przeczytałam kilka publikacji mądrych ludzi o pozytywnych stronach nudy i oczy mi się otworzyły. I nie chciały z wrażenia i mojego wcześniejszego ignoranctwa zamknąć! 

Bo nuda, która wbrew pozorom szybko mija, to przecież najlepsza ścieżka do poznania siebie, zainteresowań, umiejętności. Niejako zmusza do wzięcia odpowiedzialności za swój czas i zorganizowanie go. To sposób na wyciszenie się, przemyślenie spraw, czy rozwijanie kreatywności i wyobraźni. Wtedy właśnie patyk staje się pistoletem i wędką w jednym. Nie wolno jej zabierać, bo ryby nie będzie.

 

 

 

 

#2 Słowa, które…dają żyć

 

Na ciężkie chwile uzbroiłam się w fantastyczny pancerz ochronny złożony z trzech zdań : „Nie wiem”, „Jestem zajęta” i „Nie mam ochoty”. Bo dlaczego niby zawsze mam ją mieć? Prawa powiedzenia tego ostatniego od zawsze sobie odmawiałam, do niedawna. I powiem Wam, że te słowa mają moc. Moc przynoszenia spokoju i powrotu do siebie. Odcinam się nimi od fochów, złego humoru i znudzenia mojego dziecka. Staram się nie pozwalać, aby jego chimery wpływały na mnie. Kiedy widzę, że Młody testuje moją wytrzymałość psychiczną kolejnym pytaniem, na które odpowiedziałam już setki razy, albo zachowaniem, którym wyprowadza mnie z równowagi, przełączam się na tryb Auto zajmując się swoimi sprawami, sypiąc na prawo i lewo moje hasła klucze płynnie przechodzę do punktu #1. 

 

 

#3 Sposób na bałaganiarza, czyli jak sprawić aby wchodząc do pokoju dziecka nie walczyć o życie

 

A to jest hit, bo do niedawna jeszcze temat uprzątnięcia pokoju był punktem zapalnym w repertuarze dnia. Codziennie. Teraz wystarczy jedno moje pytanie, aby w minutę bez zbędnych kłótni i przepychanek, pokój Młodego został ogarnięty. I pomyśleć, że straciłam tyle nerwów, aby w końcu wyegzekwować dbanie o porządek i sprzątanie po sobie. Ale nie wpadłam na ten pomysł sama! Ostatnio czytam ciekawy poradnik, który jest dla mnie pomocny w kryzysowych sytuacjach, a nie ukrywajmy, takie teraz zdarzają się często. …Dobra, do sedna!

 

Jak to zrobiliśmy?

 

 

Sugerując się poradą z książki, posprzątałam gruntownie z niewielką pomocą syna jego pokój. Wybrałam moment, kiedy byliśmy w dobrych humorach i mieliśmy czas. Oszczędziłam nam oceniania, ględzenia, narzekania.Wręcz dobrze się przy tym bawiliśmy. Razem wytarliśmy kurz, zmieniliśmy pościel, ustawiliśmy na miejsca porozrzucane po całym pokoju zabawki. Zapytałam, jak czuje się w tak czystym i uporządkowanym pokoju.Wyjaśniłam, dlaczego porozwalane po całym mieszkaniu rzeczy mi przeszkadzają i dodałam, że od teraz ja będę sprzątała jego pokój, a wszystkie porozrzucane zabawki będą trafiały do worka, którego zawartość może odzyskać po tygodniu, jeśli oczywiście w tym czasie zacznie dbać o swoją przestrzeń i odkładać po skończonej zabawie rzeczy. Jeśli nie, to kolejne zabawki tam trafią, a termin ich oddania wydłuży się. 

Następnego dnia widząc rozpierdziel w pokoju zapytałam przyjaźnie (miłym tonem i bez ględzenia chociaż krew mnie zalewała) – i to jest właśnie bardzo ważny punkt w tej całej sprawie – Czy sam chce posprzątać, czy ja mam to zrobić?  I powiem Wam, że ani razu nie zdarzyło się, abym musiała cokolwiek chować w worek. Ani razu! Bez gadania, marudzenia Młody sam sprząta, a ja do tej pory nie mogę wyjść z podziwu, że wystarczyło tak niewiele do tak wielkiej zmiany! Odzyskałam spokój ducha i możliwość bezbolesnego przejścia po dywanie, na którym wcześniej czaiły się małe klocki Lego – ból znany każdym rodzicom.

 

 

 

#4 Pora spać, czyli jak wróciliśmy na właściwe tory i mówimy dobranoc przed 20.00?

 

Największe skutki niechodzenia do przedszkola i „niewyżycia się” w ciągu dnia odczuwaliśmy jednak wieczorem. Dotychczasowa pora spania przed 20.00 odeszła w zapomnienie co niebywale mnie z mężem frustrowało. Zaznaliśmy luksusu wieczornej wolności, a teraz musieliśmy użerać się z dzieckiem do późna. 

Jakiś czas temu niemal całkowicie zrezygnowaliśmy z TV, tabletów, gierek w telefonie i innych elektronicznych rozpraszaczy, bo mimo, że nie wspomagaliśmy się tym jakoś wyjątkowo dużo ( limit ok godziny dziennie na wszystko), to przypuszczaliśmy, że i tak zbyt mocno rozbudzają wyobraźnię Młodego. A zwłaszcza wieczorne bajki, na które to schodził niemal cały przydzielony czasowy limit. I bingo! 

Mimo że teraz dużo czasu spędzamy na zewnątrz i w domu zwykle pojawiamy się po 18. to w razie niepogody od 17.00 elektronicznie wyłączamy się całkowicie. Nie ma żadnej telewizji, bajek i Radia w tle. Jest za to czytanie książki do i po kolacji. I powiem Wam, że nastąpiła diametralna zmiana. Wymaga to oczywiście od nas pewnej dyscypliny, wcześniejszego ogarnięcia kąpieli i kolacji, ale wysiłek wart jest zachodu. Młody jest wyciszony i przeniesiony już w świat bajkowej wyobraźni. Chodzi spać o normalnej dla nas porze i nie próbuje przy tym kombinować, a my odzyskaliśmy dawne, utęsknione wieczory. 

 

 

I przy okazji tego wieczornego czytania chciałabym napisać co nieco o genialnej książce dla dzieci, którą polecam Wam najmocniej jak tylko mogę. Właściwie mogłabym poświęcić jej osobny wpis, bo na to w pełni zasługuje, ale uznałam, że do tego pasuje jak ulał. Od kiedy ją mamy, sama nie wiem, kto bardziej cieszy się na to wieczorne czytanie – ja czy moje dziecko.

 

 

 

Mazurscy w podróży Agnieszki Stelmaszczyk, Wydawnictwo Wilga, to seria trzech książek opowiadających o losach tytułowej rodziny w czasie ich wakacyjnych podróży po Europie, w które wyruszają autem. Podróży pełnych niezwykłych miejsc, zaskakujących zwrotów akcji ale i pewnej kryminalnej historii, która prześladuje Mazurskich niemal od samego początku wakacji. 

Główny bohater, jedenastoletni Jędrek, wraz z rodzicami, parę lat starszą kuzynką Marcelą, (z którą nie zawsze dobrze się rozumie), oraz kłopotliwą i zadziorną babcią wyrusza w podróż po europejskich miastach i w sposób niezwykle humorystyczny i interesujący zdaje nam z niej relację. Bardzo ciekawie wplata informacje historyczne i turystyczne o miejscach, które przecież każdy z nas, jak nie z własnych podróży, to z relacji innych czy licznych przewodników zna. Znajdują się tu ciekawostki w postaci krótkich opisów czy zdjęć na temat roślin występujących w danych rejonach, miejscowych zwyczajów czy przysmakach, z których słynie zwiedzane miejsce. A wszystko to okraszone odpowiednią dawką humoru i historią, w którą wciąga się czytelnik.

Zwiedzamy między innymi Hiszpanię, w której to babcia wdaje się w romans z przystojnym mieszkańcem Blanes, Lazurowe Wybrzeże czy Frankfurt, gdzie Jędrek wpada na trop kryminalnej intrygi. 

W dobie tych dziwnych czasów, gdzie większość z nas, zamiast w zaplanowane miejsca jeździ palcem po mapie, książka na pewno okaże się przyjemną odskocznią i impulsem do powrotu w wspomnieniach w wakacyjne rejony. Wspomnę jeszcze tylko, że Mazurscy w podróży zostali wybrani na książkę roku 2018. Dla nas jest to jedna z najprzyjemniejszych powieści, jaką mieliśmy okazję czytać. Polecam Wam ogromnie i jestem pewna, że Mazurscy skradną również i Wasze wieczory.

Sprawdź inne wpisy

2 komentarze

  • Odpowiedz Kfiatushek 22 maja 2020 at 06:54

    Mam ten sam zestaw odpowiedzi na męczące pytania. 😁
    Junior od małego był tak nauczony przez dziadków, że skaczą koło niego i bawią się z nim non stop byle tylko się nie nudził. Ale nie ze mną te numery, my z mężem pozwalamy mu na nudę, a wtedy rodzą się najlepsze pomysły. My mamy o tyle dobrze, ze jako wspomagać za mamy Lusię i dzieciaki mimo 5 lat różnicy coraz częściej bawią się czy razem.
    Pomysł na sprzątanie pokoju rewelacja, muszę wypróbować 😜

  • Odpowiedz Ania 29 maja 2020 at 14:03

    Magiczne worki 🙂 W zeszłym tygodniu jak dzieci nie widziały wypełniłam nasz worek zabawkami z podłogi, schowałam i przez 4 dni się nie zorientowali że czegoś w pokoju brakuje…

  • Zostaw odpowiedź