Parenting

Skuteczne sposoby na uspokojenie rozhisteryzowanego i ociągającego się dziecka

9 kwietnia 2018

 

W obiegu są pewne metody wychowawcze, bardzo popularne zresztą, które zupełnie nie działają i tak naprawdę finalnie bardzo nam, rodzicom, szkodzą i nadszarpują nasz autorytet. Liczenie do trzech, time – out (odseparowanie dziecka), mozolne tłumaczenie, kiedy z oczu dziecka płynie wodospad Niagara, grożenie, zabieranie zabawek i egzekwowanie „konsekwencji“ niepożądanego zachowania to strzał w rodzicielskie kolano. O tym, dlaczego nie działają i co stosować w zamian, aby zaprowadzić ład i porządek rodem z familii „american dream“ przeczytacie poniżej 🙂

Żaden ze mnie psycholog, pedagog, terapeuta czy inny ludź od stosunków międzyludzkich. Ot, zwykła mama i to bezczelnie na dodatek JEDYNAKA!!, która wieczorami czyta poradniki dotyczące wychowania, filtruje je, analizuje, podkreśla te sensowne, wciela w życie, obserwuje i wykreśla, gdy nie działają. Jako że moje, co prawda jedno, acz bardzo żywiołowe i utalentowane w wyprowadzaniu matki z równowagi, dziecko daje mi codziennie setki możliwości na trenowanie mojej cierpliwości i panowania nad sobą, tak uważam się za SPECJALISTĘ w poskramianiu lwa (czytaj dziecka). Na przestrzeni 4 lat ogarniania mojego malucha wypracowałam dwie proste, tak tylko dwie, metody na uspokajanie rozhisteryzowanego dziecka, które w większości przypadków działają i to bez krzyku i niepotrzebnych nerwów! Zainteresowana? 

 

Popularne sposoby na uspokajanie dziecka. Dlaczego nie działają?

 

Liczenie do trzech

 

Zacznijmy od słynnego liczenia do trzech, zdania wyświechtanego jak stare spodnie sztruksowe na tyłku. Po zakończeniu złowrogiego odliczania ma nastąpić spełnienie żądania Żądającego, w przeciwnym razie spotka dzieciaka kara…Powiem szczerze, że niestety nie raz stosowałam i za każdym razem miałam problem co po zdaniu „liczę do trzech i jak tu nie przyjdziesz, to pożałujesz“ zrobić. Najczęściej wymyślałam coś naprędce z nadzieją, że nie będzie takiej konieczności i Mały grzecznie zastosuje się do zaleceń przy słowie „Dwa“…Pewnego razu słynne liczenie nie zadziałało, a ja już widząc wady tej metody, nie próbowałam jej reaktywować.

 

Dlaczego ta metoda jest taka popularna?

 

Bo to najprostszy sposób na spacyfikowanie młodego gniewnego. Wydawać by się mogło, że cudowni z nas rodzice, bo dajemy dziecku szansę na wybranie dobrej drogi! W końcu liczymy do trzech i w tym czasie ma szansę na zmianę zachowania i uniknięcie przykrych konsekwencji! Brawo my! W rzeczywistości to nie tylko manipulacja dzieckiem, ale i podkopywanie dołków pod rodzicielskimi nogami.

 

Dlaczego to kiepska metoda?

 

  • Przykra konsekwencja – najczęściej konsekwencją nieposłuszeństwa jest odebranie dziecku czegoś fajnego, na czym młodemu zależy, np możliwości wyjścia na spacer bądź bycia na nim, pójścia na lody, odwiedzenia koleżanki itp. A co, jeśli my, rodzice, też mamy ochotę na pójście na ten spacer albo kontynuowanie go, lody czy wyzbycie się dziecka na godzinkę w ramach odwiedzin u rówieśniczki? Jeśli zabierzemy ulubioną zabawkę będziemy musieli zmagać się nie tylko dziecięcym poczuciem niesprawiedliwości jakie wg naszego dziecka je dotknęło, ale także fochem okraszonym płaczem, nad którym będziemy starali się teraz zapanować…Zatem rodzicu, jak by nie rzec, wpadamy z deszczu pod rynnę…
  • Najczęściej nie chcemy, aby doszło do egzekwowania konsekwencji po zakończonym fiaskiem „odliczaniu do trzech“. Nie tylko musimy wymyślić tą przykrą, jak się okazuje obopólnie, karę, ale zmagać się z poczuciem, że dziecko nas nie szanuje, nie słucha i ma głęboko w czterech literach nasze zdanie, co stawia na szczycie naszą rodzicielską frustrację
  • Metoda wymaga od nas konsekwencji w jej realizacji i zimnego serca, które w tej sytuacji nie mogą skruszyć dziecięce łzy. Dziecko szybko wyczuwa puste pogróżki i jak raz nie wyegzekwujemy konsekwencji, tak szybko załapie, że to tylko puste słowa i gadaj sobie Matko…

 

Co w zamian?

Teraz mój TIP #1!!

 

Jak już pisałam wyżej, metodę liczenia do trzech niestety przetestowałam na swojej i dziecka skórze…Widząc, że to droga prowadzi do nikąd, wypróbowałam dobry zamiennik:) Po pierwsze trochę odpuszczam, jeśli widzę, że dziecko dobrze się bawi, a mi aż tak bardzo bardzo się nie spieszy, to nie wyrywam Go z zabawy, bo ta batalia przyniesie więcej strat niż pożytku. Nie zawsze racja racją, a ta musi być po naszej rodzicielskiej stronie. 

Po drugie, już przed wyjściem rozmawiamy ile czasu możemy poświęcić na daną rozrywkę i co będziemy robili potem. Tłumaczę, że jeśli uznam, że musimy coś zakończyć to trzeba tak zrobić, bo mamy jeszcze inne plany. i musimy współpracować, bo jesteśmy zgranym zespołem, który nie kłóci się ze sobą! ( Brzmi śmiesznie, ale działa! Dziecko nadaje wagę temu wydarzeniu i czuje się jego ważną częścią)

 I w końcu po trzecie daję dziecku wybór! Zależnie od tego, czego dotyczy moja prośba: wyjścia z wanny, skończenia zabawy, ubrania się, zadaję pytanie, czy zrobi to teraz, czy za 2 minuty? I choć czas jest dla małego dziecka pojęciem abstrakcyjnym, tak sama możliwość zakończenia czegoś w wybranym przez dziecko czasie jest na tyle „ludzka“, że zwykle po upłynięciu zapowiedzianego czasu dostaniemy to, na czym nam zależy. Tym sposobem dajemy maluchowi poczucie samostanowienia o sobie, a to wciąż niedoceniana sprawa często działająca cuda!

Należy jednak pamiętać, że dziecko nie rzecz i coś co działa 5 razy niekoniecznie zadziała za szóstym razem. Niemniej jednak, warto się trzymać tych zasad, a będą z naszego tandemu ludzie 🙂

 

 

Time out

 

Ochhhh, ta metoda mrozi moją krew w żyłach, absolutnie bezwzględna, wstrętna i zimna. Polega, jak na pewno większość wie, na odizolowaniu „niepoprawnie“ zachowującego się dziecka od opiekunów. Wiele poradników i samozwańczych specjalistów od wychowania najczęściej w postaci krewnych, koleżanek i kiepskich pediatrów (sama spotkałam się kiedyś z taką „poradą“) zaleca stosowanie metody od wczesnych lat. W końcu, jak mówią, im szybciej wprowadza się dyscyplinę tym lepiej, bo w końcu może być za późno…

 

Dlaczego ta metoda jest tak popularna?

 

Bo działa! Nieważne, czy zastosujemy ten sposób na małym dziecku, które nie kuma gdzie ma nos, czy na nieco starszym, dzieci poczują się niekochane, niezrozumiane i nieakceptowane. A jeśli odbierze im się poczucie bezpieczeństwa i chwilowe odmówienie miłości (dzieci tak to widzą) przez osoby, które stanowią dla nich cały świat, tak możemy mieć pewność, że zrobią wszystko, aby po raz kolejny nie trafić o izolacji… No i co, działa metoda? Działa, a jakże!

 

Dlaczego to kiepska metoda?

 

Mogłabym tutaj wymieniać dziesiątki argumentów, przemawiających za tym, że to bestialstwo i mocny klaps dla psychiki dziecka, jednak skupię się na najważniejszych:

  • Metoda uczy dziecko, że jest akceptowane/kochane tylko wtedy, jeśli zachowuje się tak, jak żądają tego rodzice/opiekunowie. Jeśli nie, to spadaj gówniarzu, na 5 minut dla mnie nie istniejesz. Dla dziecka, które jeszcze nie potrafi sobie poradzić z uczuciami i panowaniem nad nimi to istna męka, bo mamusia przestała kochać…
  • Czy naprawdę myślicie, że dziecko w tym czasie „przemyśli co niewłaściwego zrobiło“? Pffff, naiwni!! Maluch tylko traci wiarę w siebie, a przede wszystkim w opiekuna i jego miłość! Uczy je, że w trudnych sytuacjach nie może liczyć na wsparcie najbliższych i z problemami zostaje sam. I w tym przekonaniu wyrasta…Kiepska wizja, prawda? 
  • Dziecko zostaje samo ze swoimi emocjami, które są nieakceptowane przez dorosłych. Ma dwie opcje, albo je stłumić, bo wg opiekuna są złe, albo okazać je jeszcze mocniej w celu zaspokojenia swojej potrzeb dostrzeżonym
  • Nawet jeśli po zakończeniu „cudownego“ Time – out rodzic chce porozmawiać z dzieckiem, żal malucha może być tak duży, że zniweczy pozytywne skutki rozmowy i mocno nadszarpnie relacje rodzic – dziecko, które trzeba będzie długo odbudowywać 

 

Co w zamian?

 

Przeczytałam ostatnio dobrą książkę „Pozytywna dyscyplina“ Jane Nelsen. Myślę, że to może być coś na miarę tego mega popularnego poradnika wychowawczego dla rodziców  TU  Jej recenzje i kilku innych poradników rodzicielskich wartych przeczytania znajdziecie niedługo na blogu. Wracając do książki, autorka poleca zastosowanie tzw wzięcie sobie czasu. Polega to na tym, że w kryzysowej sytuacji informujemy dziecko, że jesteśmy tak zdenerwowani, że musimy na chwilę odpocząć od siebie, czytaj od dziecka. Informujemy malucha gdzie idziemy  – do pokoju – co będziemy robić – np pobyć na chwilę sam na sam – i w jakim celu – w celu uspokojenia się. Proponujemy, żeby dziecko też chwilę odpoczęło i pobyło samo. Bez zamykania się w pokoju, bez ignorowania i pokazywania, kto tu rządzi.

Uważam, że to podejście jest bardzo fair, dziecko maluch wie, co, gdzie, jak i dlaczego się dzieje. Co więcej, w humanitarny sposób uczy, że każdy ma swoje granice, których przekroczenie skutkuje niepotrzebnym krzykiem i nerwami. U nas naprawdę działa.

 

Histeria i jedyny sposób na jej opanowanie

 

No tak, kto z nas nie miał z nią do czynienia…? Pamiętam jak bezdzietna jeszcze patrzyłam z pogardą na rodziców, którzy doprowadzili do takiego stanu, że dziecko urządzało im takie sceny w sklepie! W myślach układałam plan postępowania w takich przypadkach  – najpierw stłuc tyłek gówniarzowi – później odebrać wszystko, co lubi ;D i zarzekałam, że mnie nigdy taka sytuacja nie spotka. Te czasy i sposób myślenia za mną, jednak muszę przyznać, że moje dziecko NIGDY nie wpadło w histerię i nie rzuciło mi się na podłogę w celu wymuszenia czegoś. Żadna w tym moja zasługa, po prostu myślę, że nie widział jeszcze takiej sceny w sklepie w wykonaniu rówieśnika, stąd też nie miał skąd czerpać inspiracji 😉 Ale jeśli sprawa dotyczy podnoszenia ręki na mnie, czy próbę szarpania się ze mną, to niestety jak najbardziej mam w tym doświadczenie…

 

Co zrobić w sytuacji, kiedy rozhisteryzowane dziecko bije, krzyczy i nie może się uspokoić?

 

Może napiszę tak, czego nie robić?!

Nie należy z dzieckiem wdawać się w jakiekolwiek dyskusje, gdyż zrozumienie naszych argumentów uniemożliwia Gadzi Mózg, jaki załącza się w głowie naszego dziecka! To nie żart, „ gadzi“, tudzież „jaszczurzy mózg“ to najstarsza część mózgu, z którą już w pełni rozwiniętą ( w przeciwieństwie do pozostałych dwóch części mózgu) rodzimy się. Ta część w momencie bardzo silnych emocji odcina wyższe funkcje mózgu i odpowiada za prymitywny instynkt przetrwania – w zależności od zagrożenia, jest to ucieczka, atak, bądź inna forma obrony. Dopóki ten gad sprawuje władzę nad naszym dzieckiem, do tego czasu żadne sensowne argumenty do niego nie dotrą! Nie ma zatem sensu tłumaczenie, pokazywanie czy odwracanie uwagi, a tym bardziej złoszczenie się na dziecko. Nasz krzyk i nerwy jest pożywką do jaszczurzego mózgu i nic, absolutnie nic nie zdziałamy tym nie zdziałamy. Będziemy jedynie nawzajem się nakręcać, aż korki wystrzelą i komuś stanie się krzywda!

 

Co zrobić w przypadku histerii?

TIP #2 

Jedynym sposobem, który według mnie działa jest przerwanie błędnego koła. Pamiętajmy, że ludzie obserwujący całe zajście ZAWSZE będą działali na naszą niekorzyść – naszą, rodziców – bo wg nich gówniani z nas opiekunowie, że pozwalamy sobie na coś takiego, i naszą , dziecka – bo gówniarz niewychowany i wszedł rodzicom na głowę. Jakby nie patrzeć, według innych powinniśmy zlać dziecko i tym samym pokazać kto tu rządzi, a już na pewno zadowolić widownię! 

Najlepiej zabrać dziecko od źródła wybuchu histerii i czujnych oczu obserwatorów. Mimo, że wydaje się to w tej sytuacji nadludzkim wysiłkiem, bez słów powinniśmy mocno przytulić dziecko do siebie, pocałować, pogłaskać. Beż zbędnych słów dopóki gadzi umysł gra pierwsze skrzypce! Po jakimś czasie dobrze jest dorzucić spokojnym tonem „Już wszystko dobrze“ i uwierzcie, 3 minuty w mocnych ramionach ukoi nie tylko nasze, ale i dziecka nerwy…

Sprawdź inne wpisy

4 komentarze

  • Odpowiedz Kfiatushek 10 kwietnia 2018 at 04:46

    Liczenie do trzech stosowalismy nie raz, time out’u nigdy i w 100% zgadzam się ze wszystkim Chi napisałaś. Junior czasem robi takie akcje, że histeryzuje na maksa i często chyba sam nie wie o co. Zazwyczaj tłumaczymy i dość szybko mu przechodzi, ale w sytuacji kryzysowej po prostu dajemy mu czas, żeby sam się uspokoił, a później przytulamy i rozmawiamy. Czy to dobrze? Nie wiem, póki co działa, ale na pewno wyprobuje twoje wskazówki

  • Odpowiedz Ania 2 czerwca 2018 at 18:13

    Ania, musimy się w końcu spotkać i pogadać, bo raz, że to wstyd że tak dlugo nie możemy) się umówić mieszkając w jednym mieście, dwa, nie widziałas jeszcze Kubusia i chciałabym Ci go przedstawić a trzy, jestesmy z Dawidem w fazie histerii i chętnie z Tobą o tym pogadam i skorzystam z doświadczenia, bo już mi sił brakuje do małego gada 😉

    • Odpowiedz Anna Popis 24 czerwca 2018 at 06:42

      Aniu taki wstyd, że szkoda gadać…;-)Tak długo szykujemy się na to spotkanie, że jak w końcu już do niego dojdzie (oby niedługo) to chyba musimy je sowicie uczicć…albo przynajmniej Ja, bo Tyś pewnie matka karmiąca;-)

    Zostaw odpowiedź