Sport i Zdrowie

Rusz tyłek, przewietrz głowę!

21 kwietnia 2017

Są takie momenty (często nawet), kiedy czuję, że moja cierpliwość jest wielkości zielonego groszku i zaraz wybuchnę. Ostatnie czego potrzebuję to dalsze przebywanie w zasięgu wzroku mojej rodzinki. Wtedy zwykle mówię, „Kochanie, stare i młode, mamusia ma dość. Proszę niczego więcej już nie wymagać, nie podchodzić, nie dotykać, nie drażnić i w ogóle, lepiej nie patrzeć w moją stronę. Niby jestem, ale tak, jakby mnie nie było. Za wszelkie utrudnienia przepraszam, za godzinę znów będę sprawna”. A dlaczego za godzinę? Bo tyle zwykle mi wystarczy, aby wrócić do formy psychicznej i dalej funkcjonować w tym młynie.

Jeśli dzień dał mi mocno w kość, to jedyne o czym myślę to…dać sobie w kość. Najlepiej wyjść, a jeszcze lepiej, wybiec. Dlatego czekam do upragnionej godziny W, kiedy to mój Mały będzie najedzony i wykąpany słodko spał w łóżku. Tak! Dalej trzymamy się stałych pór i o 19 już dziecka nie mam:-) Wkładam sportowe buty i już mnie nie ma. Rzucam, jak to mój mąż mawia, hasło Kryśka i biegnę w siną dal.

Uwielbiam ten stan, kiedy wreszcie mogę zamknąć drzwi od drugiej strony i spojrzeć na świat i minione wydarzenia z pewnej perspektywy. Mam poczucie dobrze spełnionego codziennego mamijnego obowiązku. Ale teraz jest czas tylko dla mnie, zasłużyłam na niego. Mogę być sam na sam z własnymi myślami, pomysłami, marzeniami.Taki moment zresetowania jest dla mnie przyjemną koniecznością jeśli chcę dalej czuć satysfakcję z bycia mamą i dawać satysfakcje z bycia ze mną.

Sport właściwie od zawsze, bardziej lub mniej intensywnie, ale był obecny w moim życiu. Nie wyobrażam sobie nie poznać jego smaku i stanu ducha jaki daje wysiłek fizyczny. Tak też chcę wychować mojego Malucha. Ludzie nieskalani sportem są puści w środku.

Moja aktywność fizyczna przybierała różne formy, w zależności od możliwości. Od młodzieńczych lat grałam w siatkówkę w miejscowym klubie sportowym z tradycjami, toteż codzienne treningi były codziennością. Cudownie wspominam ten okres, to właśnie wtedy dostałam kręgosłup moralny i nauczyłam się szacunku do swojego ciała i zdrowia. Padło postanowienie, że od teraz zawsze będziemy razem. Później była przygoda ze sportami zimowymi i siłownia, do której w dalszym ciągu czuję wielki sentyment. Po pojawieniu się Małego musiałam zweryfikować swoje czasowe możliwości i postawiałam na znienawidzone bieganie. Mimo trudnych początków to bieganie daje mi największe możliwości pobycia ze sobą sam na sam, bo to wbrew pozorom dość trudna sztuka, poznania siebie, spojrzenia na wszystko z boku i pozostawia najlepsze psychiczne uczucie „lekkiej głowy”

Są chwile, kiedy nic nie idzie po mojej myśli, a ja sama wydaję się być biernym uczestnikiem własnego życia. Emocje sięgają zenitu i kiedy nie mam siły dłużej ich w sobie tłamsić, jedyną drogą ewakuacyjną jest poruszanie się na świeżym powietrzu. Wtedy wieczorkiem wkładam sportowy strój i biegnę na sesję terapeutyczną.To zaskakujące, jak 6 km wpływa na samopoczucie. Takie przewietrzenie zabitej głowy. Mówiąc kolokwialnie i zaczynając od dupy strony wychodzi na to, że ruszenie tyłka powoduje wyparowanie gównianych myśli. Czego i Wam życzę.
Wy tez stosujecie takie lekarstwo?

Sprawdź inne wpisy

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź