Kobiecym Okiem

Ratunku! W przedszkolu mojego dziecka widziałam księdza!

7 czerwca 2017

Pomagałam założyć mojemu dziecku kapciochy w szatni przed przedszkolnymi zajęciami, gdy nagle wkroczył On – człowiek w czarnej sukience z koloratką pod szyją. Wstałam przerażona, ale moja szczęka jeszcze została na podłodze. Co On tu do cholery jasnej robi – pomyślałam i od razu poszłam interweniować do wychowawczyń. Myślałam, że te czasy minęły… Krótka rozmowa, szybkie uspokojenie, że On nie do Maluchów, tylko do Starszaków. W myślach otarłam pot z czoła, ale problem pozostał, bo czas szybko zleci i w końcu moje dziecko spotka się z Nim, a tego chciałabym uniknąć, a mówiąc jeszcze inaczej, takie spotkanie pokrzyżowałoby moje plany.

Mogę się tylko domyślać, co teraz myślicie, ale zaskoczę Was, tu nie chodzi o to, że jestem niewierząca, czy czczę tego gościa spod ziemi przy gorącym kotle. Nie! Wierzę i cenię sobie PEWNE wartości, ale to, co chcę pomóc przyswoić mojemu dziecku ma o wiele większe znaczenie, o wiele szersze perspektywy, a ksiądz jest tu zwyczajnie zbędnym elementem.

Pamiętam, lata 90. jedna z pierwszych klas nauczania początkowego i On – Łukasz N. Bardzo fajny chłopak, kolega ze szkolnej ławki, ulubieniec wszystkich dziewczynek bo miły, dobrze wychowany, nigdy nie robił żadnych przykrości w przeciwieństwie do innych kilkuletnich chłopców. Miał tylko jedną „wadę”, był niewierzący, lub jak mówili Inni, „Zielonoświątkowiec, Kociarz i głupek”. Nie miał dzieciak łatwego życia, bo wstydliwa łatka przylgnęła do niego na lata i była na tyle męcząca, że pod koniec 4. klasy mama musiała szukać dla niego nowego miejsca w innej szkole. I tak pewnie do czasu, aż nie był na tyle dojrzały i uodporniony, żeby sam się bronić i mieć gdzieś zdanie Innych. Nie wiem, Łukasza N. nigdy więcej nie spotkałam, ale jego przykry szkolny los posłużył mi w dorosłym życiu jako punkt odniesienia do jednej ważnej kwestii.

Łukasz nie był jedynym „Innym” dzieciakiem w klasie, w sumie było ich czworo. Zawsze odseparowani na czas szkolnej religii, a później bacznie badani oczami rówieśników, jakby ta „inność” miała spowodować wyrośnięcie kaktusa na czole. Jasne, powiecie, że dzieciaki są okrutne i bardzo bezpośrednie, ale są też czystymi kartami, które zapisujemy my, dorośli.

Dorastałam w latach 90-tych w niewielkiej miejscowości, kiedy to widok Murzyna, teraz już Afroamerykanina, wywoływał poruszenie na ulicy zaakcentowane ostentacyjnym pokazywaniem palucha i podśmiechiwaniem pod nosem. Mieliśmy „szczęście”, bo byliśmy w grupie ludzi, którzy z racji czasów w jakich przyszło nam wtedy żyć i sytuacji politycznej „ w dupie byli i gówno widzieli”. A że to „Murzyn” był tym „naznaczonym” i rodzynkiem w grupie „wzorcowych obywateli”, tak miał przesrane. Taki widoki były ogólną sensacją i nie przychodziło nam do głowy to, że to my się wygłupiamy i wykazujemy absolutne ograniczenie i zacofanie. Inność była czymś, co należy zgnieść w zarodku, a wszelkie jej przejawy nie miały żadnej racji bytu. Codzienność rządziła się swoimi prawami podporządkowanymi pod nasz ograniczony światopogląd, w który wierzyliśmy jako ten jedynie słuszny i obowiązujący. Daleki świat oglądaliśmy tylko na starych kasetach VHS z bohaterami zza oceanu, ale kto by tam brał filmy na poważnie.

Końcem roku 2010, tuż po studiach wyjechałam za granicę, do Niemiec. Paręset kilometrów od ojczyzny, a jakże inne świat! Różnorodny, narodowościowa i kulturowa mieszanka. I nawet dla, wydawać by się mogło, osoby wykształconej, otwartej, mającej jakąś tam teoretyczną wiedzę o świecie, często taka „inność” w pierwszych chwilach bywa przytłaczająca. Mówiąc wprost, dla Katoli, choć sama bym się tak nigdy nie określiła, często nie do zniesienia. Jak to mówią, „podróże kształcą”, a kto raz dłużej mieszkał w innym kraju, tak „naznaczony” jest przywilejem bycia częścią społeczności multi – kulti. Jednym to się bardzo podoba, dla innych jest nie do przyjęcia. Ja zaliczam się do tej pierwszej grupy. Byłam zachwycona tym, że w szkole dzieciaki mają dostęp do wiedzy. Taki nieograniczony, nieregulowany i nikogo nie dyskryminujący. Mogą zapisywać się na etykę, która prowadzona jest rzetelnie i wyczerpująco. Mają okazję poznawać inne religie i nabierać szacunku do innych wyznań. Ale to, co spodobało mi się w tym wszystkim najbardziej możliwość wyboru!

Wydawać by się mogło, że w demokratycznym kraju każdy ma możliwość wyboru, ale u nas, w Polsce, państwie kościelnym ten wybór jest narzucany, przez co sam w sobie nie jest wyborem, a często jedyną możliwą opcją. Taki system dziedziczymy z pokolenia na pokolenie. Tak narzucają nam rządzący i choć czasy się zmieniają, społeczeństwo się zmienia i świadomość ludzi, tak ten system pozostaje bez zmian. A ja się na niego nie godzę.

 

Możliwość wyboru

 

Często zastanawiam się, co najcenniejszego mogłabym dać mojemu dziecku. Myślę o zabezpieczeniu go finansowo, o podróżach, które kiedyś odbędziemy, o Domu takim prawdziwym, z miłością i szacunkiem przez duże De. Ale myślę, że to wszystko pikuś w porównaniu do tego, co naprawdę możemy ofiarować swojemu dziecku.

Od początku uczulam mojego Malucha na to, że ma przywilej samostanowienia o sobie. Jest osobną jednostką, małą bo małą, ale osobną, mającą zdolność samodecydowania. Coś, o co walczy miliony ludzi na świecie, on ma to szczęście, że włada tą mocą, może z niej korzystać. Zaczyna się niewinnie, od Możliwość wyboru, samostanowienia o sobie, od wyboru ubrania, poprzez potrawy, które chce zjeść. Od możliwości wyboru zabawy, poprzez miejsce gdzie chce spędzić miłe popołudnie. To właśnie Wybór jest tu wielką cegłą pod budowę kręgosłupa moralnego. Czymś, co uczyni go pewnym siebie, mocnym i świadomym swoich atutów człowiekiem.

Przeszło mi przez głowę, czy na pewno chcę ochrzcić swoje dziecko… Bo po co? Dlaczego nie miałabym zaczekać, aż sam dojrzeje do tej decyzji? To, że z automatu My otrzymaliśmy wszystkie sakramenty święte czyni nas lepszymi, bardziej świadomymi? Nam odcięto drogę do wyboru, nie mówię, że czuję się skrzywdzona tą sytuacją, absolutnie nie, ale odhaczono to z listy rzeczy do zrobienia i problem z bani, przynajmniej przy ślubie ksiądz nie będzie robił problemów. To takie nasze dziedzictwo kulturowe, z którego chyba chcę się wypisać, bo zwyczajnie w świecie tego nie czuję.

Jeden argument ludzi wierzących zwala mnie z nóg, „ skoro nie wychowasz dziecka w duchu religii chrześcijańskiej, jak będzie odróżniało dobro od zła?” Czy naprawdę myślicie, że jakakolwiek religia jest nam do tego potrzebna?

Wiem jedno, dołożę wszelkich starań, aby moje dziecko było świadome tego, że są oprócz naszej inne religie i kultury, które są tak samo ważne i tak samo zasługują na szacunek. Postaramy się je poznać, a jeśli będzie możliwość w szkole czy przedszkolu wyboru między religią, a etyką wcale nie obrażę się jak moje dziecko wybierze to drugie.Będę uczyła szacunku i otwartości na Innych. I nigdy nie pozwolę na to, aby człowiek w czarnej sukience z koloratką pod szyją wpajał mojemu dziecku do głowy naszą religię jako jedynie słuszną. Nawet jeśli przymusowo spotkamy się z Nim w grupie starszaków, zawsze będę stała na straży takich osób jak Łukasz N. „fajnego chłopaka, ale kociarza…”

Sprawdź inne wpisy

5 komentarzy

  • Odpowiedz Iwona 7 czerwca 2017 at 07:59

    Uwielbiam Cię za ten tekst, ja też chcę wychować swoje dziecko na otwartego człowieka, a poza kilkoma wartościami wątpię, że znajdę to w kościele. Nie godzę się na narzucanie wiary dzieciakom. Cieszę się, że w Polsce mimo ostrej prokato kampanii rządzących ludzie mają coraz więcej dostępu do informacji i sami świadomie dokonują wyborów. Najważniejsze to szacunek i wiedza o innych kulturach i religiach.
    Pozdrawiam!

    • Odpowiedz Anna Popis 7 czerwca 2017 at 09:49

      🙂 Prawda!

  • Odpowiedz kfiatushek 7 czerwca 2017 at 09:05

    Jak we wszystkim, tak i w tym przypadku potrzebny jest zdrowy umiar. Chodzę do kosciola, jestem wierząca, ale bardzo daleko mi do tych rodzin bardzo udzielających się koscielnie i nie widzących niczego innego poza nim. Wiara sama w sobie jest dla mnie w porządku i bez zastrzeżeń, ale instytucja sama w sobie pozostawia wiele do życzenia i w wielu kwestiach jest nam zupełnie nie po drodze.
    Buziaki 🙂

    • Odpowiedz Anna Popis 7 czerwca 2017 at 09:29

      Jasne, osobiście bardzo chciałabym, aby ilość lekcji religii była równa ilości zajęć z etyki.Wiem, marzenie ściętej głowy. Kluczem jest tutaj otwartość i nauczenie dzieciaków, a w przyszłości nowych pokoleń, że jesteśmy tylko częścią tej kolorowej całości. Ja stawiam na wiedzę, bo jej brak prowadzi do ograniczenia.
      Buziaki:-* i dziękuję, że zawsze tu jesteś:-)

    Zostaw odpowiedź