Parenting

Ratunku! Moje dziecko nie bawi się samo

2 lutego 2018

 

Ostatni okres przymusowej przerwy w pracy zasponsorowanej przez moje chore dziecko obnażył smutną dla mnie prawdę, bo myślałam, że ten okres mamy za sobą – Mały nie umie sam się bawić… I nie, to nie wyszło tak nagle, zawsze potrzebował 100% uwagi, jednak właściwie przez cały ten prawie dwutygodniowy okres był przywiązany do mojej nogi. Bawił się, owszem, ale zawsze potrzebował towarzystwa. Żadnej mamie nie muszę mówić, jak bardzo jest to uporczywe, kiedy przede mną długa lista rzeczy do wykonania, a ja ciągle słyszę „Pobaw się ze mną“, „Chodź tutaj“ i histeryczne jęki, kiedy nie stawię się w miejscu pracy na czas…W domu zrezygnowałam nawet z noszenia swetrów, bo ich ciągłe ciągnięcie przez moje dziecko w celu siłą przetransportowania mnie do jego pokoju spowodowało, że plecy miałam na wysokości kolan…

Byłam zła, bo tyle zabawek, fajny pokój, a Młody nie chciał w pojedynkę korzystać z tych luksusów…I tak, wiem jak bardzo ważna jest zabawa z dzieckiem i uwielbiam ten czas, jednak niemożność odejścia na krok jest kiepską perspektywą…Doszło wręcz do tego, że mam dwie opcje wyboru – wspólna zabawa, albo telewizor, bo o samodzielnej zabawie nie ma nawet mowy.

 

Jak to się zaczęło?

 

Pamiętam jak dziś, kiedy odwiedziła mnie koleżanka w szpitalu dzień po urodzeniu Małego. Była nieco zaskoczona, bo 10 tygodni wcześniej sama została mamą, jednak takiego widoku jeszcze nie przyszło jej doświadczyć…Widok nieśpiącego, przyklejonego do mnie dziecka z wlepionym we mnie wzrokiem, a kiedy tylko próbowałam odłożyć Go do łóżeczka, zanosił się straszliwym płaczem…Już wtedy powiedziała mi jedną rzecz, która przylgnęła do mnie już przez cały macierzyński okres: „Widać, że On bardzo Ciebie potrzebuje“…No jasne, że potrzebuje, przecież to maleństwo, pomyślałam…Ale moja koleżanka poznała się na tym małym facecie i dokładnie wiedziała o czym mówi, bo od początku moje dziecko było ogromnie wymagające, absorbujące i potrzebujące mnie w każdej sekundzie życia niezależnie od pory dnia. Właściwie od początku fatalnie sypiał i normalnie, kiedy takie maluszki przesypiają całe dnie, on jedynie ucinał sobie krótkie drzemki, które odeszły w niepamięć chwilkę po pierwszych urodzinach. Kiedy ktoś mi mówił, że tak małe dziecki tylko jedzą i śpią, ja parskałam śmiechem. To był śmiech przez łzy. Bo pobudek w nocy na karmienie i przytulanie mieliśmy średnio 7 – 8. Każda próba odłożenia na chwilę do łóżeczka kończyła się płaczem, każde zniknięcie z pola widzenia było małą tragedią. Każdy ledwo słyszalny szmer zdołał wybudzić go z tego pseudo snu. Najlepiej gdybym przykleiła moje dziecko do siebie i zajmowała się TYLKO i wyłącznie nim. Tak też się stało, najbliższemu otoczeniu zaczęły wysiadać plecy od ciągłego noszenia i lulania, toteż nabyliśmy nosidło! Dacie wiarę, że nosiliśmy Małego w nosidełku po domu, bo zwyczajnie zdrowotnie padliśmy przy ciągłym zabawianiu tego wyjątkowo wymagającego malucha? A tak oto taki sposób okazał się wybawieniem, bo mieliśmy wolne ręce, żeby cokolwiek zrobić i dziecko przy sobie, które wydawało się w pełni usatysfakcjonowane taką wymuszoną bliskością…

Później było równie źle, kiedy stanął na własnych nogach, ja nie mogłam dogonić swoich! Mega aktywny, wszystko Go interesowało, zawsze balansował na granicy tego, co można, a co jest absolutnie zabronione i grozi dużym Bubu… Każda potrzeba musiała być natychmiast zaspokojona, nie ważne czy dotyczyła podniesienia zabawki, czy podaniu ciasteczka. Miało być już, teraz, w tym momencie! Nie muszę chyba dodawać, że żadna zabawka nie zajęła Rumcajsika na dłużej niż 2 minuty. On zdominował całe nasze życie, a wszelkie zabawy miały odbywać się ze 100% zaangażowaniem najbliższych. Nie znosił nowości, noszenia i dotykania Go przez innych ludzi. Nie było w ogóle mowy o jakimkolwiek nocowaniu u dziadków do prawie 4 roku życia. Z normalnej, pełnej życia dziewczyny stałam się ucieleśnieniem Zombie! Człowiekiem, którego największym było przespanie 3 godzin ciągiem! Nie uważałam już tych zachowań za dziwne, dla mnie były normą, znałam to od pierwszych dni od pojawienia się mojego dziecka na świecie…aż tu nagle przeczytałam artykuł o High Need Babies…

I wszystko stało się jasne…Toczka w toczkę moje dziecko! Poczułam się lepiej, że są rodzice z podobnymi problemami, którzy jadą na opałach swojej wytrzymałości fizycznej. Nie lubię jednak takiego szufladkowania, bo sama nie wiem, czy to zdiagnozowana przypadłość, czy wymysł lekarzy i rodziców…Nie wiem, czy moje dziecko jest „hajnidowcem“, wiem jedynie, że w niemal 100% odpowiada pod ten profil…A może to ja „wyhodowałam“ tak wymagający gatunek?

 

 

Jak stworzyć High Need Babies?

 

Siedząc z moim dzieckiem w domu na L4 miałam sporo czasu na rozmyślania, podsumowania i ocenę dotychczasowych zmagań na macierzyńskim poletku. I wyszło mi tak: ok, może trafił mi się ten książkowy „hajnidowiec“ i teraz giń, przepadnij matko, bo takim go w połowie z genów stworzyłam, ale z drugiej strony dołożyłam kilka kamyczków, ba, nawet cegieł! pod tą trudną budowlę. To, że mogłabym (musiałabym) kilkanaście godzin na dobę spędzić na podłodze bawiąc się z moim dzieckiem i ciągle byłoby mu mało to tak trochę moja wina… No więc jak stworzyć „hajnidowca“?

Pamiętam, jak kilka miesięcy po urodzeniu Małego poszłam na kontrolę do mojej pani stomatolog. Podsumowała mój nędzny, wyczerpany wygląd jednym pytaniem: Co, chyba jest bardzo ciężko, co?…Poopowiadałam jej to i owo, a że jest dobrym słuchaczem i inteligentną babką, zadała trafne pytanie: „a jak jesteście na spacerze, to zostawiasz Go w spokoju, czy ciągle starasz się Go czymś zainteresować zwracając uwagę na rzeczy dookoła? np O zobacz jaki motylek, a tam piesek biegnie, a tu biedronka usiadła, a zobacz to, a powąchaj tamto, a uśmiechnij się itd itp…“ Otworzyła mi oczy, bo faktycznie, ja Go ciągle wyrywałam z Jego, czasami zadumanego, świata i chcąc naprawdę dobrze robiłam nie najlepiej. Ta kwestia odnosiła się do wielu, bardzo wielu rzeczy z dnia codziennego.

Fakt, był wyjątkowo wymagający, ale ja też chciałam, aby doświadczał możliwie wiele, a kiedy zostawiałam Go na chwilę samego np w przerwie między obieraniem warzyw na zupę, od razu miałam wyrzuty sumienia, że ten biedny chłopaczyna siedzi sam z tą zabawką w rączce zamiast bawić się z matką, czy też osobą „pod ręką“. Jak to mówią, „czym skorupka za młodu (…) Tak więc teraz mam za swoje …No to teraz kilka wskazówek!

Jak sprawić żeby dziecko samo się bawiło?

Nie mam zielonego pojęcia, ale wiem, jak sprawić, żeby samo się NIE bawiło!

 

To tak, jak pisałam wcześniej, atakowanie dziecka różnymi bodźcami zewnętrznymi. Z tym łatwo przesadzić, gdyż jest pewna granica między wzbudzaniem zainteresowania, a nadgorliwością. „Wyrywanie“ dziecka z jego świata i chwili zadumy chcąc zwrócić jego uwagę i zaanonimować( jest takie słowo?) czy też pobudzać jego chęć poznawania świata czasami może się na nas zemścić. Wyobraźmy sobie taką sytuację, dziecko bawi się jedną zabaweczką, a matka pchana dobrymi intencjami, podsuwa pod nos Malucha pierdyliard innych autek, misiów. klocków. Ostatecznie Maluch na żadnej zabawce nie skupi uwagi, a prezentacja możliwości zabawek przypadnie nam. Stąd już krótka droga do wyrobienia nawyku, że zawsze ktoś tam dorosły jest i odpowiednio zabawi dziecko. Ja popełniłam ten błąd, co więcej zmuszałam innych do czynnego uczestnictwa w zabawie. Powiem jedno: Przepraszam najbliższych mi ludzi, wspólnie teraz musimy nosić ten krzyż…

Druga sprawa jaka przychodzi mi do głowy jest bardzo mocno powiązana z pierwszą, a mianowicie przerywanie dziecku zabawy. Kilka razy zdarzyło mi się wejść do pokoju, kiedy Misiu był we własnym, zabawowym świecie. I tu po raz enty wyszła moja nadgorliwość i niechcący nieraz głupim pytaniem przerwałam ten seans…Teraz, zanim wejdę do Jego pokoju dobrze przysłuchuję się, czy Młody nie odtwarza jakiś scen rodem z życia rolnictwa czy wyścigów samochodowych. No i oczywiście nie przerywam zabawy, którą zainicjowało moje dziecko, a nie widzę w niej zupełnie sensu, co więcej! Widzę w niej późniejszą pracę dla mnie – porozrzucane ubrania, które to miały zostać przetransportowane wyimaginowanym dźwigiem do pralki, albo wyciągnięte garnki i przybory kuchenne, za pomocą których rzekomo moje dziecko robi niewidzialne ciasto… No właśnie, tym sposobem zgrabnie przechodzimy do kolejnego punktu!

Wymaganie natychmiastowego posprzątania po lub w trakcie zabawy…Tego na szczęście udało nam się uniknąć, bo do mamusiek wyjątkowo dbających o porządek zdecydowanie nie należę…U nas porządek i zabawa to dwie rzeczy wzajemnie się wkluczające. Jeśli natomiast wymaga się od dzieci trzymania porządku podczas zabawy, to możemy być pewne, że długo taka impreza nie potrwa.

Łatwo też wpaść w pułapkę wymogów ponad miarę. Należy pamiętać, że mogą bawić się samemu tak długo, jak wiele mają lat…Może to przesada, ale nie należy wymagać od Malucha godzinnych zabawowych seansów, bo to zwyczajnie rzecz biorąc nierealne.

Jak przetrwać z dzieckiem, które nie bawi się samo

 

W tym jestem naprawdę dobra, w końcu 4 lata praktyki!

Przez 2/3 życia Rumcajsika kupowałam mu te zabawki, na które ( w granicach rozsądku naturalnie) miał ochotę. ALE wycwaniłam się! Długo nie pociągnęłabym na samych samochodzikach, Lego Policji i traktorach. Toteż wypracowałam wspaniały kompromis – Jeśli klocki Lego to Classic – takie, z których można ułożyć nieskończenie wiele rzeczy, nie tylko autka, ale także domki z ogródkami, zwierzątka i inne bardziej kobiece rzeczy. Wzbogaciłam też kolekcję puzzli i kolorowanek, słowem – zorganizowałam pokój mojego dziecka tak trochę pod siebie. W końcu w weekendy spędzam tu większość dnia…

Wyznaczyłam pory na zabawę, oglądanie bajek, pracę w domu i chwilę dla siebie. Jako mama pracująca zawodowo nie bardzo ma czas w tygodniu na domowe obowiązki i zajmowanie się dzieckiem ze 100% zaangażowaniem, ale Mały wie, że czas kiedy przychodzimy do domu (ok 18h/ w pierwszej kolejności wykorzystuję na ogarnianie domu, a dopiero później na ogarnianie zabawy. Tak niwelujemy marudzenie, bo Misiu wie, że te 20 minut musi spędzić na samotnej zabawie. To naprawdę uczciwy układ.

A propos układu, to mamy taki oparty na współpracy porządkowej. 4 – latek jest już na tyle duży, że chętnie i świadomie może angażować się w pomoc domową. W formie zabawy i możliwości wspólnie spędzonego czasu może pomóc w obieraniu warzyw w kuchni, czy też w początkach domowych. Aktywne uczestniczenie w tych obszarach da sporo radości i satysfakcji Maluchowi.

Gdy już wszystkie chwyty zawiodą, nie boję się powiedzieć mojemu dziecku, że jestem zmęczona/ znudzona/ zła i za nic w świecie nie mam teraz ochoty na zabawę. I mam wrażenie, że spotyka się to z coraz większym zrozumieniem 🙂 Jest światełko w tunelu, że idzie ku lepszemu, czyli coraz większej samodzielności!

Sprawdź inne wpisy

1 komentarz

  • Odpowiedz Kfiatushek 3 lutego 2018 at 09:20

    Powiem Ci Aniu, że dokładnie taki błąd robią moi rodzice odkąd Junior się urodził. Wieczne zabawianie, zagadywanie, podsuwanie jedzenia pod nos itp. Ja w sumie uczyłam się na ich błędach. Kiedy Junior jest u nich poświęcają mu 100% czasu, a ja niestety nie mogę i nie chcę sobie na to pozwolić. Trzeba ogarnąć dom, ogródek zorganizowac obiad, pranie, prasowanie i pierdyliard innych rzeczy, dlatego starałam się uczyć Juniora samodzielności na tyle, na ile się dało. Na szczęście umie zająć się zabawą sam ze sobą, malowaniem albo bajką, a ja mogę w tym czasie ogarnac inne rzeczy. Owszem bawimy się razem, malujemy, czytamy czy rozwiazujemy zagadki, ale czasie szczęście Junior rozumie, że muszę też robić inne rzeczy. U dziadków już to nie działa 😜 ale jak chcieli tak mają, trudno 😜 nasi chłopcy są już duzi i myślę, że Rumcajsik też się do tego przekona, ale musisz być konsekwentna 😉 inaczej się nie da…

  • Zostaw odpowiedź