Kobiecym Okiem

Przeporadnikowani, czyli jak omamiają nas „fejsbukowi Twórcy”

25 września 2017

 

Jeszcze niecały rok temu gardziłam ludźmi mającymi konta na Fb, Instagramie i na innych kanałach Social Media. To nie żart! Taki ekshibicjonizm nigdy mnie nie interesował, bo uważałam to za nie tylko stratę czasu, ale przede wszystkim podglądactwo i raz jeszcze zwyczajne marnotrawienie czasu na rzeczy absolutnie nie ważne. Mną też gardzili znajomi „fejsbukowicze”, bo w tych czasach nie mieć konta na tym kanale to zwyczajne zdziczenie i objaw całkowitego zacofania. Wzbudzały we mnie politowanie rozmowy innych o ilości posiadanych znajomych na Fb, bo w myśl tych ludzi posiadanie mniej niż 300 znajomych źle świadczyło o społecznych poczynaniach delikwenta. Oglądając filmiki na You Tube różnych „twórców” łapałam się za głowę i zastanawiałam, czy to ludzie zdurnieli do reszty, czy może ze mną jest coś nie tak…”5” faktów o mnie, „Jak najlepiej wysuszyć włosy”, „ Jak ugotować jajko na miękko”, „Jaka dziś pogoda”, „Co zrobić, żeby się chciało chcieć” i odpowiedź będąca puentą rozważań– po prostu chciej! itp…Czy to wszystko naprawdę jest godne pokazywania światu??Czy to jest WAŻNE na tyle, aby ktoś tym bzdurom poświęcał 5 minut swojego życia?? Patrząc na liczbę wyświetleń takich „baranków” było tysiące, czyli zapotrzebowanie na tego typu materiały jest…

Dziś, 9 miesięcy po założeniu kont na Fb i Instagramie dostrzegam ogromne wady (nie byłabym sobą, gdybym ich nie dostrzegała), ale też spore plusy tego medium…Pierwszym na pewno jest możliwość komunikowania się z Wami ( to był jeden i jedyny powód, dla którego weszłam w to „bagno”), drugim plusem jest możliwość śledzenia trendów i podążania za ważnymi z mojego punktu widzenia informacjami. Z drugiej jednak strony widzę, jak wiele to dziadostwo zabiera czasu. Cennego czasu. I jak wiele jest chłamu, który kradnie tylko naszą uwagę. Do listy spraw, z którymi muszę walczyć, po 9 miesiącach dorzucam jeszcze jedną rzecz – walka o umiejętne obchodzenie się ze spędzaniem czasu w kanałach Social Media oraz równie wielka walka – uświadamianie sobie, że wykreowany świat na potrzeby ładnego instagramowego zdjęcia zgarniającego tysiące serduszek nie ma kompletnie nic wspólnego z rzeczywistością…NIC.
Jak zwykle rozpisałam się ogromnie, zamiast od razu przejść do meritum…

Dziś zagotowała się we mnie krew…Właściwie gotowała się od jakiegoś czasu, ale dziś wykipiała!
Od jakiegoś czasu obserwuję wysyp ofert kursów twórców internetowych wszelkiej maści…Zachęcają do pobrania „darmowego” poradnika i niezobowiązującego zapisania się na kurs!

Co można znaleźć w takich darmowych „poradnikach”, które aby ściągnąć należy podać adres mailowy i tym samym świadomie bądź mniej, wpisać się na listę mailingową owego „Twórcy”? A no informacje, jaki to ten „kursotwórca” osiągnął sukces na polu zawodowym i swoimi złotymi poradami ułatwi Ci życie i sprawi, że i ty osiągniesz sukces. A jak? Tego dowiesz się wykupując abonament na 10 lekcji, które całkowicie przemienią Twoją codzienność…Albo przykład kolejnego, autorka popularnego bloga zachęca do zapisania się na listę chętnych do wzięcia udziału w kursie pt „Przestań odkładać, zrób to dziś! 8 porad”. Jak mogę się domyślać, w zamian na kilka stówek dostaniemy 8 wskazówek, jak spiąć tyłek i wziąć się do roboty…I teraz to, co najbardziej mnie wkurza! Czy my faktycznie jesteśmy raz rozleniwieni, że zamiast wziąć się w garść i coś ze sobą zrobić potrzebujemy do tego kursów?? Skoro takie oferty powstają, to faktycznie musi być zapotrzebowanie!Już pomijając zachłanność „twórcy”, bo w końcu to nie jego wina, że jest tyle „mądrości” gotowych zapłacić za coś takiego sporo kasy. Czekam na moment, aż zobaczę ofertę miniporadnika „Jak oddychać” bo i to wymagałoby wyjaśnienia i poprowadzenia za rękę…A widząc, z jaką łatwością i szybkością tworzone są kolejne, nastąpi to całkiem niedługo…

Czy faktycznie jesteśmy tak zagubieni w natłoku informacji, które docierają do nas drogami Social mediów, że utraciliśmy zdolność oceny co jest nam naprawdę potrzebne, a co najzwyczajniej w świecie zbędne? Jeszcze nigdy ludzie nie mieli tak łatwego i właściwie nieograniczonego dostępu do informacji. Problemem stała się nie wiedza, którą możemy dostać, a czas na ogarnięcie jej. I tutaj powstała cała rzesza cwaniaczków chcących zarobić na naszej dezorientacji.

 

 

Problem internetowych kursów, które reklamowane są jako lek na całe zło skłonił mnie do przyjrzenia się moim zachowaniom. Wiele razy pisałam Wam, że uwielbiam poradniki i niejako jestem od nich uzależniona. W ten Weekend przyjrzałam się zawartości mojego książkowego regału. Miałam poradniki dotyczące minimalizmu, poszukiwania równowagi w życiu, poradniki urodowe, dotyczące samodyscypliny, fotografii, a także całe tomy książek poruszających tematykę dziecięcą i wychowawczą. Niemal każda z tych pozycji zawierała listę rzeczy, które należy zrobić, aby osiągnąć to, co obiecał autor… I coś do mnie w tamtej chwili dotarło, co z tego, że kolekcjonujemy, czytamy, a nawet bierzemy udział w jakiś kursach, skoro później i tak nie wracamy i nie praktykujemy nowo nabytych założeń i zachowań? Może właśnie jesteśmy tak rozproszeni ofertą, że tylko „odhaczamy” dla samego „odhaczania” rzeczy do zrobienia? Może jesteśmy „przeporadnikowani” i utraciliśmy zdolność samostanowienia i oceny? Wchodząc na pewną stronę stowarzyszenia, które zajmuje się organizacją państwowych certyfikowanych kursów mam ochotę zapisać się na co najmniej 5, ale co z tego, kiedy na co dzień ta wiedza i nabyte umiejętności nie będą mi do niczego potrzebne! A jak będę z nich korzystać raz na jakiś czas, to szybko zapomnę świeżo przyswojoną wiedzę i wtedy co? Kolejny kurs przypominający? Ktoś tu nas ewidentnie wodzi za nos, a jedynymi, którzy mogą to przerwać jesteśmy My sami. Dlatego ważnym jest wyrobienie sobie sceptycznego spojrzenia na internetową rzeczywistość i na nasze faktyczne potrzeby. Często decyzje podejmujemy „ w głowie“ na szybko, bez skupienia się nad faktycznym celem, a przecież tak łatwo dać się zwariować! Kluczem wydaje się być znajomość siebie. Chyba, że i na to potrzebujemy kursu…

Sprawdź inne wpisy

4 komentarze

  • Odpowiedz kfiatushek 26 września 2017 at 12:12

    i dlatego fejsa nie używam, ha! Czyli można rzecz, że nie mam konta = nie istnieję. No trudno 😛

    • Odpowiedz MaSza 26 września 2017 at 13:18

      My z mężem też nie mamy fejsa 🙂 da się? Da! Pomijając zalety social media uważam, że ich nieposiadanie „zmusza” do częstszych kontaktów takich bezpośrednich z naszymi bliskimi. Jest to dla mnie ważniejsze niż wirtualne „co słychać” od znajomej, którą nie bardzo pamiętam. No i nie marnujemy czasu na bezmyślne przeglądanie profili.

      • Odpowiedz Anna Popis 26 września 2017 at 20:45

        MaSza ze wszystkim całkowicie się zgadzam:) Przebywająć w fejsbukowym trybie Zombie, czyli scrolowaniu tablicy na głównej stronie czas ucieka przez palce. Totalna głupota, porównywalna w kolekcjonowaniu „znajomych”, których widziało się raz w realu.

    • Odpowiedz Anna Popis 26 września 2017 at 20:41

      Coś w tym jest. Dla mnie najbardziej przerażający jest wysyp pseudoznawców tematów i organizowane przez nich kursy…Można powiedzieć, że to nowy trend. Co do samego fb to już kiedyś, zanim założyłam konto mówiliśmy z mężem, że prędzej czy później będziemy musieli to zrobić, bo nasze dziecko kiedyś będzie poruszało się tylko w takiej rzeczywistości…Nie podoba mi się ta droga, ale mamy wybór, albo się dostosować do zmieniającego się świata, albo zginąć w meandrach prehistorii;)Myślę Kfiatushku, że i Wy będziecie musieli kiedyś pójść z tym trendem, albo przynajmniej jedno z Was. Wiadomo, zaufanie do dziecka jest cudowną sprawą, ale kontrola jeszcze lepszą 😉

    Zostaw odpowiedź