Lifestyle

Powrót do Polski, porażki i małe sukcesy oraz czego żałuję najbardziej…

8 września 2017

 

 

Wiele nowo poznanych osób, bądź też takich zupełnie przypadkowych, kiedy dowiadują się, że niedawno wróciłam z kilkuletniego pobytu w Niemczech na stałe do Polski robią wielkie oczy i pytają „Ale DLACZEGO?”, „Po co”? To pierwsze pytanie powoduje, że na miejscu trafia mnie szlag i właściwie nie wiem co takiemu delikwentowi odpowiedzieć. Kiedyś jeszcze wyjaśniałam, tłumaczyłam i bawiłam się w te ceregiele chcąc przekonać mojego rozmówcę o słuszności tej decyzji. Dziś odpowiadam „Bo tak”! Bo czy naprawdę tak każdego dziwi, że chce się wrócić do miejsca, z którego się pochodzi i z którym związane są wszystkie dotychczasowe wspomnienia? Do rodziny, do miejsca, gdzie możesz powiedzieć, że jesteś u siebie, gdzie czujesz się swobodnie. Do miejsca, w którym jesteś polakiem, człowiekiem „stąd”, a nie obcokrajowcem, którym zawsze będziesz poza granicami kraju? No i w końcu, czy można jednym zdaniem dać wyczerpującą odpowiedź na pytanie dotyczące powodów takiej decyzji? Przecież powrót to proces złożony, to szereg decyzji i sytuacji, które miały wpływ na taką, kolejną już rewolucję w życiu.
Ten wpis będzie długi, więc raczej nie scrollujcie – jedno zdanie będzie wynikało z poprzedniego, a dotrwają tylko najbardziej wytrwali 🙂
Długo zastanawiałam się, czy opisać to wszystko, ale ciągle wracają do mnie pytania moich znajomych, którzy mieszkają w różnych zakątkach Europy i biją się z myślami – wracać, czy zapuszczać korzenie? Poza tym, może komuś, kto jest gdzieś tam daleko, kilka moich spostrzeżeń pomoże w podjęciu ostatecznej decyzji, albo chociażby da jako taki pogląd na sytuację.

Pobyt tymczasowy

Życie na obczyźnie uczy pokory i nie skłamię jeśli powiem, że to prawdziwa szkoła życia, w której to nieraz musisz schować dumę i uprzedzenia do kieszeni. W której nie raz się sparzysz na rodakach, bo tak to już jakoś jest, że jak widzimy „swojego” to myślimy, że będzie szczery i w porządku wobec nas. Nic bardziej mylnego…To miejsce, w którym nie raz zapłaczesz w poduchę z rozpaczy, tęsknoty i samotności. W którym nie raz zaciśniesz zęby, bo mimo umiejętności, inteligencji i wykształcenia, jest się często ocenianym przez pryzmat narodowości i uprzedzeń. Zupełnie niesprawiedliwie. Ale tak to działa wszędzie. I szlak Cię trafi, że taki tubylec, według Ciebie tuman i brudas do potęgi entej, ma się lepiej niż Ty…Że jemu jest prościej, bo jest „stąd”.

Wyjechałam tuż po studiach, a jedyne co umiałam powiedzieć niemiecku to „Danke”, „Bitte” i „Ich habe kein Geld” (nie mam pieniędzy) – zawsze śmiałyśmy się z moją bliską koleżanką ze studiów, że te słowa mogą uratować mi życie na obczyźnie 😉

Ale do śmiechu już od początku mi nie było. Było ciężko i mój wyjazd dalej wspominam z gulą w gardle. Zagłuszyłam moją intuicję i zrobiłam coś wbrew sobie. Moje ciało dawało mi znać, że źle robię, jednak na swoje usprawiedliwienie dodam, że jechałam za miłością, za chłopakiem, który teraz jest moim mężem. Wiecie jak to jest, „była mądrą dziewczyną, dopóki się nie zakochała…”
Jednak już wtedy wiedziałam, że mój pobyt jest tymczasowy. A może pocieszałam się myślą, że jest on tymczasowy? Zdajecie sobie sprawę z tego, ile osób na obczyźnie myśli podobnie? Nie skłamię, jeśli powiem, że 90%…

Przenieśmy się trochę w czasie. Dokładnie 5, a może nawet 6 lat później. Wiele się wydarzyło i pod wpływem tych wydarzeń czułam się w środku jak stary, styrany człowiek. Pojawiło się nasze dziecko na świecie, a ja wciąż byłam targana tęsknotą i samotnością, która po urodzeniu dziecka spotęgowała się jeszcze bardziej. Po czasie wiem, że jedni nadają się do takich warunków, inni zupełnie nie. Ja należę do tych Drugich…Boże, jak mi brakowało możliwości spotkania się z koleżankami, wypicia kawy z moją mamą, porozmawiania z nią w realu, przejścia się po znanych mi z Polski ulicach. Jak bardzo zazdrościłam dziewczynom, które mogą spontanicznie wpaść na rosół w niedzielę do rodzinnego domu i zostawić bez obaw dziecko u dziadków, którzy świata poza tą małą istotą nie widzą…O ile byłoby łatwiej…Zazdrościłam. Jednocześnie czułam, że ściga mnie czas. Że kiedyś, całkiem niedługo przyjdzie czas, kiedy poślę dziecko do przedszkola, później do szkoły i że jak już ten etap nastąpi, będzie mi bardzo trudno wyrwać Go i osadzić w nowych warunkach. W końcu dziecko też musi wiedzieć, gdzie jego miejsce a szarpanie go raz tu raz tam niczemu dobremu nie służy.

Czasami jest taki moment, że nic się nie lepi, a wszystko działa na niekorzyść. Chcesz ruszyć do przodu, ale wszystkie rzeczy nakładają się na siebie i nijak nie możesz wykonać kroku, same przeszkody… Byłam tym zmęczona, a na dodatek nastąpił pewien bieg wydarzeń, który ostatecznie przekonał mnie, że absolutnie nic tu po mnie. Że te drzwi trzeba zamknąć, bo prowadzą do nikąd…I że jeśli nie zrobię tego teraz, to już nigdy to nie nastąpi. Zamknęłam je. A zamykać chciałam już kilka lat.

Powrót do kraju

Pukali się w głowę, „Po co Ci to”?, „Z Polski się wyjeżdża, a nie wraca”, „W Polsce nic nie ma”, „Taką krzywdę dziecku robisz, bo tu ma takie możliwości”, „Tam nie ma pracy, szybko będziesz wracała”, „Myślisz tylko o sobie”, „Największy błąd!” to tylko kilka z przeogroma argumentów, którymi karmili mnie „życzliwi” poddając pod wątpliwość moją decyzję. Usychałam tam ja, usychało tam moje dziecko. Boże, jak ja się dziś cieszę, że ostatecznie nie uległam tak, jak ulegałam latami. Powiedziałam sobie, że albo tam padnę ze wszystkiego, albo wyrwę się stamtąd. I w końcu sytuacja sama się wyjaśniła i po tygodniu pakowania rzeczy minęliśmy polską granicę.

Jestem osobą niecierpliwą z natury, ale mam dobre sposoby na siebie 😉 Po pierwsze ( i to okazało się ogromnie pomocne) zrobiłam sobie w głowie rachunek zysków i strat. Wiedziałam, że początki będą, że muszą być trudne, a nawet bardzo trudne. Brałam pod uwagę to, że będę miała problemy ze znalezieniem pracy, że moje dziecko będzie musiało przystosować się do nowych warunków w przedszkolu, że musimy zorganizować WSZYSTKO od początku. Po prostu od nowa zbudować coś z niczego, w końcu miałam w plecy dobre 5 lat! Wiedziałam, że dopadną mnie wątpliwości, co do mojej decyzji, czy dobrze zrobiłam, czy może faktycznie skoczyłam na główkę do pustego basenu, a dziecko najbardziej na tym ucierpi. Pomyślałam o najgorszych scenariuszach i na takie też byłam teoretycznie przygotowana. Takie podejście okazało się dla mnie wybawieniem, bo w chwilach zwątpienia sięgałam do tych założeń i podchodziłam do sprawy z zimną głową, całkowicie zadaniowo. Na szczęście, zawsze mogłam i mogę liczyć na moich rodziców w każdej kwestii. Absolutnie w KAŻDEJ. I nasza zmiana oznaczała także ogromną zmianę w ich życiu. W końcu to u nich zatrzymaliśmy się, to na mamy ramieniu zostawiałam wątpliwości i smutki, to oni pomogli nam stanąć na nogach. A stawialiśmy 3 miesiące – włącznie z zaaklimatyzowaniem się w przedszkolu, zakupieniem i wyremontowaniem mieszkania oraz znalezieniem pracy! Przez 3 miesiące moje Drogie okazuje się, że można zrobić więcej, niż przez kilka lat we „wcześniejszym” moim życiu! To ogromnie budujące!

Pierwsze rozczarowania

 

Przyszły szybko, bo już chyba następnego dnia, kiedy rozpakowywałam się zdałam sobie sprawę z ogromu pracy przed nami. W końcu startowałam tu ode zera, za coś trzeba żyć i to życie układać, a pracy na horyzoncie nie było. W końcu, a nie było to szybko, pojawiła się…w moim zawodzie, więc jak na niedużą miejscowość, brzmiało super! Pełna zaangażowania ruszyłam z kopyta…okazało się, że pracuję za darmo…Podcięło mi to chwilowo skrzydła. Po drodze pojawiło się kilku małych przedsiębiorców – cwaniaczków, chcących wykorzystać potencjalnego pracownika i dwie konkretniejsze oferty…Byłam tym przybita, bo nieco inaczej, teraz wiem, że naiwnie, wyobrażałam sobie to wszystko…Ale wciąż byłam u siebie i wiedziałam, że muszę przejść ten trudny okres, bo tak to właśnie wygląda – początki są i muszą być trudne. Po jakimś czasie w końcu zatrybiło, dostałam pracę, a moje dziecko polubiło wyjścia do przedszkola! Wspaniałego przedszkola, ze świetnymi paniami, które są tam po to żeby dziećmi się zajmować i które czerpią z tego radość – jakże zupełnie inaczej do naszego niemieckiego przedszkola. Po chwili wprowadziliśmy się „ na swoje”, a Mały dostał swój pokój. Mój Panie, jaka byłam szczęśliwa, że miał ten pokoik, tylko dla siebie…i że otworzył się, że miał radość w oczach, że mógł swobodnie porozmawiać z dziećmi na placu zabaw, że miał kolegów i kilku wrogów 🙂 i że ja zaczęłam W KOŃCU żyć i nabierać pewności siebie…Wystarczyło tylko trochę cierpliwości, ogrom pomocy najbliższych i trzymanie się planu, a wszystko zaczęło się układać.

Jesteśmy w domu

 

Przyznam się Wam, że bardzo pozytywnie zaskoczyli mnie ludzie dookoła. Pomijając kilka niefajnych przypadków, trafiałam na ludzi pomocnych i dobrych. I tu nie mogłam wyjść z podziwu, bo przez lata karmiona byłam opowieściami Polaków żyjących w Niemczech, jak to w Polsce oszukują, jak chcą wykorzystać, jak olewatorsko podchodzą do wszystkiego itd., że mimo iż wyjechałam stosunkowo niedawno, to argumenty te trafiły na podatny, zagubiony grunt… Tymczasem nic z tych rzeczy. NIC. Natomiast nigdy nie zaznałam takiej dwulicowości, nieszczerości i prób podkopywania dołków pod drugim człowiekiem jak właśnie za granicą. Bardzo przeszkadzało mi to, jak szybko ludzie zapominają skąd pochodzą… Generalnie w Polsce wszystko było „Bee”, a tam „cacy” mimo tego jednak ludzie ciągle żyją nadzieją, że wrócą do tego miejsca, gdzie jest tak źle. I to właśnie mnie przerażało. Dla mnie największym przegranym jest ten, który czuje się źle na obczyźnie i w dalekiej, pocieszającej” perspektywie ma wizję powrotu do kraju. Ostatecznie jednak nic nie robi w tym kierunku, nie odważa się na ten krok i tak trwa w tej samej sytuacji, a lata lecą… Później okazuje się, że jest zbyt późno i większość życia „przetrwał” w trybie tymczasowości…Bo niby w obcym kraju jest tymczasowo. Całe dorosłe życie.

 

Boję się mówić o dobrych rzeczach głośno, bo jakoś tak to u mnie jest, że po takich deklaracjach lubi pójść coś nie tak, ale jest nam bardzo dobrze tu, gdzie jesteśmy. Może zarobki nie są powalające, może naokoło nie ma takiej nowoczesności jak „na zachodzie”, może ludzie nie idą z duchem czasu, a kupno nowego samochodu i wakacje 2 razy w roku nie są standardem…Może. Jednak jestem u SIEBIE. Nie czuję się skrępowana i nigdy nie będę miała obaw, że może moje dziecko będzie gorzej traktowane, bo jest obcokrajowcem, albo że może nie będę w stanie pomóc przy lekcjach tak dobrze, jak pomogłabym w Polsce. Nigdy, mam nadzieję, nie będę czuła się tak samotna i niezrozumiana, jak tam. Przestawiłam się na tryb „Małe łyżki” – powoli do celu, a wszystko okraszone jest dużą dozą cierpliwości. Pracuję nad tym codziennie. Bezcennym jest dla mnie fakt, że mam wszystkich, których potrzebuję na wyciągnięcie ręki… no może prawie wszystkich, ale to niedługo też się zmieni…Mogę śmiało powiedzieć, Jestem szczęśliwa, wreszcie!

Nie mówię, że są Tu same „ochy i achy”, nie. Brakuje mi kilku aspektów, jednak dla mnie ilość pozytywnych rzeczy w kraju jest wartością absolutnie przewyższającą i bezdyskusyjną.
Zaczynam życie od nowa, szkoda, że dopiero teraz, ale podobno nigdy nie jest za wcześnie ani późno. Jest w sam raz! I wierzę, że to jest właśnie mój czas.

Mogę dać jedynie jedną małą radę osobom wahającym się, zresztą bardzo prostą radę. Bądźcie tam, gdzie jesteście szczęśliwi. Jeśli jesteście w miejscu, gdzie nie do końca czujecie się dobrze, przemyślcie to, zróbcie w końcu Ten krok, szkoda na to czasu, bo biegnąc w tym codziennym rytmie nie zauważamy jego upływu, a ten jest nieodwracalny. Nie chcę brzmieć pompatycznie, ale życie w trybie tymczasowym, czyli z wizją powrotu „kiedyś tam”, to nie życie. Skoro chcesz wracać, to nie jesteś tam szczęśliwy. Największymi przegranymi są Ci, którzy całe życie marzą o czymś, co i tak z ich winy i zaniechania nie dojdzie do skutku. Zmiany wymagają wyjścia poza strefę komfortu, jakakolwiek by ona nie była, ale jeśli na końcu tej trudnej drogi znajduje się cel, dzięki którym będziemy szczęśliwi, warto podjąć wyzwanie. Czas płynie zbyt szybko by trwać w sytuacji, którą ciągle analizujemy i czekamy na lepsze czasy. Pora zdecydować i postawić na siebie. Obojętnie jaka nie byłaby to decyzja, czy jednak zapuszczenia korzeni, czy powrotu, niech to będzie jedna, niezmienna decyzja. Trzymam kciuki, za wszystkich niezdecydowanych lub mało odważnych, jak nie teraz, to kiedy?

 

Sprawdź inne wpisy

8 komentarzy

  • Odpowiedz MaSza 9 września 2017 at 14:23

    Droga Aniu!
    Tradycyjnie już piszę jak zwykle nie na temat postu ale tak mi najwygodniej. Mam nadzieję, że dla Ciebie nie jest to kłopot? Chciałam Ci podziękować za polecenie książki „Jak mówić żeby dzieci nas słuchały..”. Już ją kończę i muszę przyznać, że fajnie poukładała mi w głowie to, co czułam gdzieś intuicyjnie w sercu. Naprawdę polecam tą książkę wszystkim rodzicom! Jeśli przeczytałaś Aniu jeszcze coś dobrego to daj znać w wolnej chwili ( może jakiś osobny post?). Wspomniałaś kiedyś, że czytasz czasem po kilka książek naraz, no cóż..też tak mam 🙂
    Pozdrawiam ciepło.

    • Odpowiedz Anna Popis 9 września 2017 at 20:49

      Oj tak, ta książka jest genialna, ja wracam do niej regularnie żeby przypomnieć kilka ważnych kwestii i muszę przyznać, że naprawdę bardzo mi pomaga. Dla mnie to biblia dla rodziców, każdy powinien mieć ją w domu. Planuję wpis o takich publikacjach, co można wyciągnąć ze znanych mi książek dla rodziców. Tak na szybko podam „Wychowanie bez kar i nagród” Alfie Kohn, otwiera oczy na pewne powielane przez większość rodziców modele wychowania.Fajną też pozycją jest „Twoje kompetentne dziecko” Jesper Jull. Te dwie książki uczą świadomego rodzicielstwa, które dla mnie jest niesamowicie ważne, na pewno dla Ciebie też:-) Lubię do nich wracać i mam nadzieję, że i Tobie okażą się pomocne 🙂
      Buźka:-*

  • Odpowiedz Iwona 9 września 2017 at 14:32

    Bardzo podoba mi się ten wpis, Jest w nim kupę szczerości i trochę intymności, bo zapraszasz nas do swojego świata rozterek, wątpliwości i walki o siebie. Podziwiam Cię za odwagę i siłę, że zawalczyłaś o szczęście. Wiesz, dla mnie to takie uniwersalne przesłanie, bo widzisz jest wiele rzeczy które mogą unieszczęśliwiać i zabijać od środka, np toksyczne związki w których trwa się mimo, że to nic dobrego – to też taki, jak pisałaś, pobyt tymczasowy, bo chcemy to w końcu skończyć jednak brak siły i odwagi, żeby wykonać ten krok i tak leci czas i okazuje się, że zmarnowaliśmy kawał życia na coś, co nas spala od środka…Tak to sobie zinterpretowałam. Nie boisz się walczyć o siebie i to się chwali, a ja osobiście podziwiam. Pozdrawiam Cię bardzo:-*

  • Odpowiedz Kasia 9 września 2017 at 20:42

    Aniu brawo, za odwagę, za szczerość i za to, że potrafisz walczyć o siebie i swoja rodzinę, przeżyłam podobne chwile też na obczyźnie i nic nie było dla mnie cenniejszego niż powrót do Polski i przyrzekłam sobie nigdy więcej.
    Pozdrowionka

    • Odpowiedz Anna Popis 10 września 2017 at 07:51

      Kasiu dziękuję:-*Jak jest trudno wie ten, kto zaznał takiego życia. Cieszę się, że ty też zawalczyłaś o siebie. Brawo:-*

  • Odpowiedz kfiatushek 11 września 2017 at 06:43

    Mimo, że nigdy nie mieszkałam za granicą i nigdy mnie do takiego życia nie ciągnęło, to potrafię Cię doskonale zrozumieć. Choćbyś żyła w najbardziej mlekiem i miodem płynącym kraju, choćbyś miała nieskończone możliwości rozwoju, to nigdy nie byłabyś tam u siebie i jeśli tak czułabyś to na codzień, to nigdy nie byłabyś tam szczęśliwa. Ani Ty, ani Twoja rodzina. Moim zdaniem podjęliście słuszną decyzję. Początki na pewno były trudne, ale jak to mówią „złe dobrego początki” 😉 A sama widzisz, że wszystkie elementy układanki zaczęły wskakiwać na swoje miejsce :)))

    • Odpowiedz Anna Popis 11 września 2017 at 20:30

      Zdecydowanie dobra decyzja, trochę szkoda jedynie, że tak późno… Myślę, że wszystko można ułożyć odpowiednią pracą nad tym i cierpliwością i nad tym drugim pracuję codziennie:-)

  • Odpowiedz magdar 12 września 2017 at 11:01

    Rozumiem Panią bardzo dobrze. Sama namawiam męża na powrót do Polski póki nie jest jeszcze za późno.

  • Zostaw odpowiedź