Parenting

O tym, jak pożegnaliśmy pieluchy przed 2. rokiem życia

25 maja 2017

 

Pożegnanie pieluch to marzenie większości rodziców. To na tyle ważna sprawa, że zajmuje miejsce w królewskiej 3-ce opanowanych umiejętności( mówienie, chodzenie i korzystanie z nocnika) którymi szczycą się opiekunowie i stają w szranki o tytuł najlepszych rodziców i najlepiej ogarniętego dziecka.

U nas co prawda ten problem mamy już dawno za sobą, ale wiele z Was w prywatnych wiadomościach dopytywało się jak to wszystko wyglądało, tak więc voila’ oto i nasza pieluchowo – nocnikowa historia i kilka rad, które mam nadzieję okażą się pomocne.

Powiem szczerze, że ten temat zawsze budził we mnie grozę, gdyż byłam pewna, że problem mnie przerośnie i nie będę potrafiła pomóc dziecku pożegnać się z pieluszką. Nasłuchałam się tyle GŁUPICH rzeczy od innych o tym, jak nauczyć dziecko korzystania z nocnika, że straciłam wiarę w swoją moc sprawczą.A to w gruncie rzeczy banalnie prosta sprawa. No, ale do dzieła!

 

Telefon

 

To była luźna rozmowa telefoniczna z moją kuzynką do czasu, kiedy nie padła liczba 2, czyli czas, przed którym pożegnali się z pieluchami. Jasna dupa, pomyślałam, my za 3 miesiące obchodzimy drugie urodziny, a na korzystanie z nocnika się nie zanosi. Żeby była jasność, to nie był dla mnie punkt honoru, ani tym bardziej żaden chory mamijny wyścig, niemniej jednak te pieluchy pod względem ekonomicznym i wygodnickim najzwyczajniej w świecie zaczęły mi ciążyć.
Odłożyłam telefon i zwróciłam się do mojego dziecka, że chyba musimy o czymś porozmawiać…

 

Śmierdząca sprawa

 

Nie czytałam w poradnikach i nie chciałam więcej słuchać „cudownych” rad. Zresztą pamiętam jeszcze z czasów ciąży, że poradniki zbierają się do tematu jak pies do jeża, a ja tutaj totalnie zaufałam intuicji i dobrze na tym wyszliśmy.

Po pierwsze i najważniejsze to trzeba w końcu zdjąć tą pieluchę! Wydaje się oczywiste, ale z tego co zauważyłam, niektórzy rodzice zdejmują pieluszkę tylko na czas wysadzania na nocnik…takim życzę powodzenia i wiele wieeele cierpliwości, ale już dziś powiem, że nic z tego nie będzie.
Po drugie, a może i też po pierwsze, do sprawy najlepiej zabrać się podczas późnowiosennych lub letnich miesięcy, gdyż zdecydowanie lepiej jest ściągnąć mokre majciochy, niż mokre rajtuzy i spodenki. Po trzecie, zapomnij o nocniku…

 

Jak się do tego zabraliśmy

 

Moje dziecko nie dawało żadnych sygnałów na niebie i ziemi, że jest na to gotowe. Nie przeszkadzała mu cięższa od siusiów pielucha, a zawartość tego „gorszego” od razu była usuwana, tak więc dyskomfortu nie odczuwał. Nie był to też jeden z „tych” genialnych umysłów i nie pokazywał paluszkiem na nocnik dając znać, że już chyba pora się przesiąść z flizeliny na plastik. Tak więc dla mnie opowieści o tym, że „dziecko jest gotowe” czy też nie można wsadzić między bajki. No chyba że półroczniaka na siłę chcemy „uszczęśliwić”, ale mam nadzieję, że nie ma tu takich „mądrych” głów…

Skorzystałam z pory roku i ekstremalnie wysokiej temperatury, która w tamtym czasie panowała i to był strzał w dziesiątkę, gdyż mojemu dziecku z gołą pupą było po prostu zdecydowanie lepiej. Ok, wygoda wygodą, ale co zrobić, kiedy najdzie potrzeba?

Nocniczek mieliśmy w pogotowiu już od jakiegoś czasu, ale wszelkie próby prezentowania go i jego przeznaczenia przed oczami mojego dziecka kończyły się fiaskiem. Po prostu nie był nim zainteresowany i wzbraniał się przed jakąkolwiek próbą posadzenia. Na początku pozwoliłam robić mu siusiu na podłogę, ponieważ chciałam żeby zobaczył, że takie mokre nóżki i wszystko wokoło to nic przyjemnego. Już za którymś razem, gdy widziałam na co się zbiera biegłam z nim do toalety i to tu nastąpiła przemiana z siusiumajtka na króla sedesu. Nie przyszło mi to wcześniej do głowy, ale moje dziecko nie raz podpatrywało tatę i sam też chciał spróbować swoich sił jako dorosły facet. Już wtedy wiedziałam, nakładka na sedes i podeścik to nasz klucz do sukcesu.

Jeszcze tego samego dnia te dwie nowości pojawiły się u nas w łazience. Dumna z siebie i mojego dziecka, że ogarniamy tak szybko „te sprawy” musiałam ponieść chwilową porażkę. Raz udało nam się zdążyć, trzy razy nie, ale i tak wiedziałam, że z tej drogi nie ma już powrotu, co po jakimś czasie wywołało zwątpienie i próbę nawrócenia przez „życzliwą osobę, bo jak to tak po domu sikać „załóż mu pieluchę, wszystko ci zesika” słyszałam. Nie założyłam, przynajmniej nie na dzień, bo noc rządziła się nadal starymi prawami.

Jednak i tak wydawało mi się, że sprawy wymykają się spod kontroli, bo jedna udana próba na 3 nie była oszałamiającym wynikiem. I tu po chłodnej ocenie faktów dostałam jak obuchem w łeb – nie obserwowałam swojego dziecka i podczas, gdy on odrzucał nakładkę, ja z powrotem ją nakładałam, a on PRZECIEŻ chciał siusiać jak mężczyzna – na stojąco! Od kiedy pojęłam swój błąd mieliśmy 99% celnych kibelkowych trafień i pomyśleć, że mogliśmy ten czas z tygodnia skrócić do jednego dnia…Brawo ja…

No ok, o ile siuśki łatwo usunąć z podłogi bez większych strat dla mieszkania i naszego zdrowia, tak sprawy z kupą wyglądają zdecydowanie inaczej. Wiedziałam, że mój żołądek dłużej nie wytrzyma tych jazd góra dół, gdy zbiera mi się na wymioty podczas ogarniania „sprawy”. Tu musiałam wykazać się kilkudniową cierpliwością i tłumaczeniem, że jeśli nie będzie komunikatu kupa- łazienka, tak nastąpi powrót do pieluch. Jak rzekłam tak zrobiłam, ale uczucie brudnej pieluchy było na tyle zniechęcające dla mojego dziecka, że i tą sprawę zostawialiśmy w kibelku. Tym oto sposobem pozbyliśmy się pieluchy. W dzień. Bo w nocy ona ciągle była. I teraz możecie mi wierzyć lub nie, dla mnie samej jest to wręcz niewiarygodne, ale mój syn zaznał luksusu odpieluchowania za dnia i nie chciał mieć tego w nocy. Na plus zadziałała także pora roku i temperatura, gdyż przy przeszklonym domu i brakiem klimatyzacji w nocy potrafi być naprawdę gorąco, a co dopiero w pieluszce. Kiedy podczas układania do snu prosił o niezakładanie tego dziadostwa tłumaczyłam, że musi pamiętać i budzić się jak tylko mu się zachce( Choć prawdę mówiąc, samej ciężko pisze mi się te słowa – brzmią tak niedorzecznie i głupio), ale tak było! Poza kilkoma incydentami z podtopieniem, kilka razy się wybudzał, a zwykle spokojnie wytrzymywał do rana. Tym oto sposobem nie jesteśmy już klientami pieluchowej firmy na Pe.

Podsumowując, uważam, że nocnik to przeżytek, o wiele łatwiej, szybciej i atrakcyjniej dla dziecka pójdzie z nakładką. Trzeba decyzję podjąć raz i się jej trzymać. Skoro decydujemy się na odpieluchowanie, to nie dzielmy tego na etapy, że ściągamy na chwilę i czekamy aż „ w końcu” coś się pojawi – to totalna bzdura i tylko dezorientuje dziecko. Chyba, że mowa o nocy – wtedy sprawy mają się nieco inaczej i wymagają więcej czasu. Odpieluchowanie to duży sprawdzian dla dziecka i test dla naszej cierpliwości i tylko dziecko, które czuje się bezpieczne, zrozumiane i nie pospieszane może go zdać.

 

Ciekawostki

 

Nie byłabym sobą, gdybym przy okazji nie przytoczyła „zabawnych” rad od Innych, które to niby mają pomóc przy nauce korzystania z nocnika ( swoją drogą, wiecie, że mam na myśli toaletę, bo nocnik jest to dupy ;-))

O pierwszej z nich słyszałam jeszcze za czasów studiów, czyli okresu kiedy wierzyłam, że matką nigdy, ale to nigdy nie będę, to nie dla mnie…

„ Aby oduczyć dziecko robienia do pieluchy, należy je w nocy budzić i sadzać na nocnik. Tak zwane „wysadzanie”. Należy robić tak dwa razy, a gdy dziecko się nie wybudzi i jednak nie będzie chciało zrobić siusiu, to trzeba jego rączkę włożyć do miseczki z ciepłą wodą i mówić „ Siiiiiiiii”(…)”
Niezłe prawda?

A o drugim sposobie dowiedziałam się od Ani, czytelniczki bloga. Otóż Ania dostała fantastyczną wskazówkę od „życzliwej”, przeczytajcie same:” Mój syn sikał do nocnika odkąd miał 6 miesięcy.” Otóż odkąd dziecko siedzi należy je wysadzać na nocnik co 20 minut, żeby łatwiej było zrobić siku należy przy tym przelewać wodę z kubka do kubka i mówić „Siiii”. Potem wysadzamy co 25 minut, co pół godziny itd.”

I tyle w temacie… Jestem ciekawa, czy Wam też dawano „złote rady”, jeśli tak, koniecznie podzielcie się nimi w komentarzach!

Sprawdź inne wpisy

9 komentarzy

  • Odpowiedz Oliwka 25 maja 2017 at 22:26

    Bardzo fajny wpis. A ile lat teraz ma Twój synek? Dopiero trafiłam na ten blog i chciałabym się tu łatwiej odnaleźć 🙂

    • Odpowiedz Anna Popis 26 maja 2017 at 06:12

      Oliwka dziękuję, mój Maluch ma dokładnie 3,5 roku i właściwie dopiero od 3 roku życia naprawdę cieszę się z tego macierzyństwa, bo wcześniej była to ciężka harówka:-) Pozdrawiam!

  • Odpowiedz kfiatushek 26 maja 2017 at 06:06

    U nas przygoda z pieluchami trwała pół roku dłużej. Pierwsze podejscie do odpieluchowania okazało się totalną porażką, a my zniechęceni odpuscilismy i udało się dopiero kilka tygodni później. Ale przyznaję, że życie z dzieckiem bezpieluchowym jest super 🙂 O wiele wygodniejsze, choć czasem wiąże się ze sprintem w poszukiwaniu krzaków. Ale co tam, to dobre dla zdrowia 😉

    • Odpowiedz Anna Popis 26 maja 2017 at 06:19

      dokładnie! Najlepsze są te poszukiwania w chwili, kiedy nie ma nic ustronnego na horyzoncie:-) Chociaż w tym aspekcie mamy chłopców mają ułatwione zadanie:-) Moje dziecko jak już poczuło pieluchową wolność chciało wszędzie zostawiać mokre ślady, a najlepiej do tego nadawały się doniczki z kwiatami na balkonie…Ile to już roślin padło…ale wojna jest- ofiary muszą być;-) Pozdrawiam Cię Kfiatushku

      • Odpowiedz kfiatushek 26 maja 2017 at 07:50

        u nas najlepsze było w zaeszłym roku – msza za Dziadka Męża, chwila ciszy w kosciele i nagle na cały głos odzywa się nasz Junior „Tato… KUPĘ”. Wszyscy wkoło w smiech, Mężu bordowy na twarzy złapał Juniora pod pachę i prysnął na zewnątrz 🙂 A ja udawałam, że ich nie znam i wcale z nimi nie przyszłam 😀

        • Odpowiedz Anna Popis 26 maja 2017 at 08:11

          Kfiatushku to miałaś prawdziwego mistrza ceremonii;-)wyczuł moment chłopak;-)Ale wprowadził choć trochę humoru w powagę chwili. Swoją drogą, Kościoły chyba służą takim sytuacjom, chwila zadumy i pupa szaleje:-D Już też raz ewakuowaliśmy się kiedy zapachy sugerowały, że zbliża się „to gorsze” 🙂

          • kfiatushek 26 maja 2017 at 08:24

            ooo tak, zdecydowanie dzieci są mistrzami ceremonii 🙂

  • Odpowiedz MaSza 27 maja 2017 at 12:23

    Hej, ja trochę nie na temat. Za Twoim poleceniem kupiłam Synowi ” Wielką Podróż Rodziny Wszędobylskich”, naprawdę jest świetna!!! Ale może teraz jakiś post o czymś do poczytania dla mam? 🙂 Pisałaś, że lubisz „Seks w wielkim mieście” (ja też jestem fanką) czytasz może jak Carrie „Vogue”?, a może jakieś inne czasopisma? Polecisz jakąś dobrą książkę?
    Pozdrawiam ciepło.

    • Odpowiedz Anna Popis 27 maja 2017 at 18:24

      Masza, fajnie że książka trafiła w gust:-) Super, że pytasz i rzucasz jeszcze propozycją na następne wpisy:-) Jasne. że czytam czasopisma i zawsze z utęsknieniem wypatruję Instyle, ale niemiecką wersję – jest 2 razy grubsza, zdecydowanie ciekawsza no i język nie stanowi dla mnie większego problemu. A co do książek to oczywiście będą wpisy tego typu, faktycznie dawno nie było, ostatnią pozycją jaką polecałam była ta książka http://vivalazycie.pl/zeby-lato-bylo-piekne-wiosna-trzeba-popracowac/ ale obiecuję poprawę
      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam :-*

    Zostaw odpowiedź