Parenting

O 7 walkach, które przychodzi mi się toczyć z Innymi…

30 września 2017

 

Życie Matki to nieustanna walka. Walka z czasem, bo z powodu jakiegoś zdarzenia godzina obiadowa się przesunęła, walka z dzieckiem o „pusty talerzyk”, walka z nachalnymi radami ciotek, babek i kuzynek, walka z partnerem, bo okazuje się, że obowiązki domowe niesprawiedliwie rozłożone i w końcu walka o siebie, bo gdzieś tam pod płaszczykiem maminych obowiązków kryje się głęboko zakopana kobiecość i dawne „Ja”. Jakby tego było mało, na mamuśkowe plecy spada jeszcze obowiązek toczenia walki z innymi, zupełnie obcymi ludźmi, którzy potrafią naprawdę wkurzyć rodzicielkę i wprawić ją w mocne zszokowanie…I o tym wprawieniu w zaskoczenie ja dzisiaj chciałam, czyli o walkach jakie przychodzi nam toczyć z obcymi, przypadkiem napotkanymi osobami…

#1. Ten etap powoli za mną, ale kiedy Rumcajsik był malutki poważnie myślałam o uzbrojeniu się w paralizator:) Pierwsze moje zaskoczenie przyszło całkiem szybko po pojawieniu się Malutkiego na świecie. Pierwsze spacery, pierwsze zapuszczanie żurawii do wózka. Na początku myślałam, że to ze mną coś nie tak i jestem przewrażliwiona. W końcu, kiedy byłam bezdzietna nigdy nie interesowało mnie to, co tam ludzie w wózku trzymają:) Ale kiedy sytuacje zaczęły się powtarzać i całkiem obce osoby podchodziły do mnie, żeby „grzecznie” zapytać się, czy mogą popatrzyć na dziecko zaczęłam mieć wątpliwości czy to oby normalne…Całkiem obce osoby, dalsi sąsiedzi i przechodnie zaglądają mi do wózka, a co bezczelniejsi pchają łapska do środka aby przygładzić kocyk i dokładnie zobaczyć buźkę mojego Rumcajsika! Co prawda, udało mi się uniknąć zabobonnej czerwonej kokardki na daszku gondoli, jednak zaczęłam być bardziej asertywna, choć ciągle bardzo uprzejma… Moment przełomowy, a zarazem koniec mojej miłości do bliźniego nastąpił w trakcie spotkania z dalszą sąsiadką i jej wnuczką, która była tak ciekawa, że niemal wpadła mi do wózka i zaczęła kaszleć! „Bo Kasia tak uwielbia takie malutkie dzieci!” Na mój stanowczy protest i odwrócenie się od zagorzałej wielbicielki niemowlaków dostałam odpowiedź, że ona ma tylko alergię! Nie ważne, spadaj! Od tamtej pory jak tylko ktoś zbliżał się do nas we wiadomym celu z daleka prosiłam, żeby się oddalić. Taka byłam wredna! Miałyście też do czynienia z niepohamowanym podglądactwem innych?

 

#2. Skoro jesteśmy już przy podglądactwie, to zadziwiająco szybko ludzie z obserwacji przechodzą do czynów! Coś, co denerwuje mnie najbardziej i od początku budził mój sprzeciw to dotykanie. Ludzie, nie wiedzieć czemu, chcą dotknąć, pogłaskać, pocałować Malucha. Zawsze odganiałam jak muchy takich wielbicieli czułości. I o ile buziak w rączkę od prababci był dla mnie akceptowalny, tak pogłaskanie po główce obcej osoby wzbudzało moją agresję.
Ten etap mamy właściwie za sobą, bo nawet na wypadek mojej nieuwagi, Rumcajsik nie pozwoli na taką spoufałość. Nie podaje rączki jak nie ma na to ochoty, o pozwoleniu na pogłaskanie nawet nie wspominając. Zawsze chwalę Go za taką postawę, bo skoro ludzie nie znają granic, to dzieci muszą ich strzec.

#3. Coś, czego nienawidzę i tępię dziadostwo w zarodku – STRASZENIE! Pamiętacie, mam etap straszenia dziecka daleko za sobą. Wstydzę się tego i ogromnie żałuję. To, jak do tej pory, mój największy macierzyński błąd Człowiek uczy się na błędach, jednak ja do tej pory nie mogę sobie go darować. Wracam jednak do tej sprawy, żeby czytelniczki, jeśli jeszcze nie wiedzą, miały możliwość zapoznania się z tym, jak ogromną szkodę wyrządza się tą głupią metodą. To był dla mnie, jako mamy, moment przełomowy, kiedy dowiedziałam się na własnej skórze, że dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. Od tamtej pory wszystko się zmieniło i uświadomiłam sobie, jak ogromny wpływ mamy na tą maleńką istotę i jak szybko możemy ją skrzywdzić. Dotychczas nie miałam do siebie większych zarzutów, jednak po tym zajściu zaczęłam brać pod lupę każde swoje słowo i każde swoje zachowanie. I teraz jest ok:) Wracając do sprawy, piszę to wszystko, ponieważ kilka razy zdarzyło mi się, że jakaś obca osoba przyszła mi z „pomocą” kiedy moje dziecko publicznie odmawiało współpracy ze mną. „Nie chcesz iść z mamusią? To ja Cię zabiorę do siebie”…Nie wiem kto wtedy ma większe oczy ze strachu po takim zdaniu, ja (bo strach się bać głupoty takiego „ludzia”), czy moje dziecko, które faktycznie wierzy w słowa delikwenta. W każdym razie OD RAZU reaguję, protestuję i uświadamiam gościa. Co więcej, jeśli jestem świadkiem zachowania, kiedy to inny rodzić straszy swoje dziecko, nie pytając o zdanie informuję o głupocie, jaką popełnia wobec Malucha. Działam w dobrej mierze, która jest różnie odbierana 🙂 Ale co tam! Ważna jest przecież świadomość, prawda?

#4. Wiecie, jakie mam podejście do słodyczy! Dla mnie to zapychacze, mordercy apetytu i białych ząbków. Ile to razy nasłuchałam się, że słodycze to smaki dzieciństwa, że co ze mnie za matka, że jakie biedne to dziecko, że „ no już nie przesadzaj” i tego typu piękne podsumowania wstrętnej mamuśki. Zawsze miałam to głęboko gdzieś, jednak kiedy od słów przechodzi się do czynów i kiedy ta niedobra właśnie matka nie patrzy to baaam, cuksa do małej buźki. Pojawił się rycerz na białym koniu ze słodyczem w ręku! Prawdziwe wyzwolenie zniewolonego dziecka! Skoro ten cukierkowy rycerz mi tutaj na białym koniu wyjeżdża, to ja wyciągam bazukę i celuję prosto w ten uparty i głupi łeb! Jeśli mówię, że NIE to znaczy NIE!! NIE dla słodyczy, NIE dla gadania, w końcu NIE dla tej postaci. Wyobraźcie sobie, że pewna „ bardzo mądra” osoba na mój sprzeciw odpowiedziała mojemu, wówczas 3 letniemu, a więc już całkiem kumatemu dziecku, że „mama Go nie kocha”! Za pierwszym razem, po mojej ostrej reakcji dałam jej szansę na zrehabilitowanie się. Kiedy jednak po niedługim czasie sytuacja się powtórzyła, zamknęłam te prowadzące donikąd drzwi wiedząc, że tej „wiedzącej lepiej” osobie i tak nie przemówię do rozsądku. Nie muszę chyba dodawać, że nasze kontakty zostały całkowicie skreślone. Nie miałam satysfakcji, że wygrałam tę walkę, miałam jednak satysfakcję, że wyeliminowałam szkodnika.
Najgorsze są starsze osoby, które zawsze coś tam słodkiego na czarną godzinę mają schowane w torebce i baardzo chętnie podzielą się z obcym dzieckiem…

#5. Im dziecko starsze, tym ludzie ciekawsi, chciałoby się rzec! Mistrzami w tej metodzie są starsi ludzie, najczęściej sąsiadki, tudzież wścibscy członkowie dalszej rodziny. Bo pomyślcie tylko same, ile taki już mówiący 3 – latek może przekazać informacji! A im starsze, tym bardziej wylewne! Niczemu nieświadome, we wszystko wierzące i grzecznie odpowiadające na pytania dziecko jest doskonałym „zawodnikiem” do rozmowy dla innych. „ A gdzie tatuś”, „A chciałbyś mieć braciszka?”, „A gdzie byliście rano?”, „A co mamusia kupiła?” Nasz ciekawski najczęściej działa z ukrycia, kiedy dziecko się bawi i udający zainteresowanego zabawą dorosły umiejętnie podchodzi Malucha i wyciąga z niego ciekawostki, albo nie marnując czasu, gdyż sytuacja może szybko się nie powtórzyć, jak nie ma w pobliżu Mamy, bo na chwilę pobiegła na górę, zobaczyć, czy ziemniaki nie wykipiały…Tak, czy inaczej na „Ciekawskiego” trzeba mieć oko i na wszelki wypadek uczulać dziecko i uczyć odpowiedniej reakcji. Toczyłyście już wojnę tego typu?

 

#6. No to teraz ubiór…O Czapeczce napisano już elaboraty i właściwie to słowo funkcjonuje w naszym słowniku jako osobne pojęcie. Temat anegdot, żartów i trosk mamusiek, bo zakładać, czy nie? To naprawdę jest poważne pytanie! 🙂 Ja teraz nie o czapeczce, a o konieczności tłumaczenia niektórym, dlaczego wydaję „tyle” na ubranka dla dziecka, z których i tak niedługo wyrośnie…Otóż znam umiar i staram się rozsądnie podchodzić do tematów ubraniowych, jednak kiedy coś mi się wyjątkowo podoba, uważam, że przyda się to mojemu dziecku i stać mnie na TO, to kupuję. Zupełnie nie rozumiem troski innych o naszą domową kasę, jakby jeszcze do niej coś dokładali…Druga sprawa to kwestia samego wyboru ubioru. Tutaj sprawa jest bardziej skomplikowana, bo zawsze znajdą się tacy, dla których Twoje dziecko jest za grubo lub za cienko ubrane… Taka już ludzka przypadłość, z którą można walczyć albo totalnie ignorować:-)

#7. Plac zabaw to dla mnie zawsze bardzo wdzięczny temat do rozmowy 🙂 Nigdzie bowiem nie możemy zobaczyć w jednym miejscu naraz tak wielu stylów wychowania (od totalnie olewatorskich do całkowicie przewrażliwionych) i nigdzie indziej nie zostaniemy poddani tak bacznej obserwacji i oceny innych rodziców jak właśnie tam. Ile to ja już wojen stoczyłam, ile razy w myślach mięchem rzuciłam, kiedy Mały w najgorszym z możliwych momentów odmówił współpracy… I o tych wojnach chciałam szybko wspomnieć, a dokładnie łopatkowych wojnach! Kiedyś kładłam nacisk na to, żeby Rumcajsik dzielił się w piaskownicy swoimi zabawkami. Szybko moja altruistyczna postawa została sprowadzona na ziemię, gdyż dzieci i inni rodzice chętnie brali, jednak nie dawali nic w zamian. A przepraszam! Dawali, zniszczone po zabawie rzeczy mojego dziecka! Nie denerwowało mnie tylko to, na nerwy działały mi też cwane dzieciaki, które wiedziały jak podejść mało kumatego Malucha. W wyniku takich działań zostawał z pustymi rączkami. Szybko nauczyliśmy się jednak radzić z kłopotem i Mały sam zaczął decydować o tym komu chce, a komu nie ma ochoty pożyczyć zabawkę.
Przyszła raz kobieta z synem, oczywiście z pustymi rękami i oznajmiła wszem i wobec, że w piaskownicy zabawki są wspólne…Otóż NIE, nie są wspólne, chcesz mieć zabawkę, to sobie ją przynieś z domu, a jeśli nie masz, to naucz swoje dziecko grzecznie zapytać, czy może na chwilkę pożyczyć!

A Wy Dziewczyny toczycie na którymś z tych pól walkę? Które jest dla Was najbardziej denerwujące?

 

Sprawdź inne wpisy

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź