Parenting

Niebezpieczna granica, którą łatwo przekroczyć

12 stycznia 2018

 

Ostatnio byłam świadkiem całkowicie niezrozumiałego dla mnie wydarzenia. Siedziałam w poczekalni pewnej przychodni, a obok mnie mama z, na oko, 8 – letnią dziewczynką. Zajęta swoimi sprawami (na telefonie) nie słyszałam o czym owe panie rozmawiają, jednak ciągle o uszy obijał mi się oschły ton i równie skąpe odpowiedzi matki. Pech chciał, że wyładował mi się telefon i chcąc nie chcąc stałam się uczestnikiem tej „wspaniałej” sceny.

Nie lubię oceniać ludzi po wyglądzie, ale same wiecie, że często tak niestety mamy… No więc, na moje oko była to mama, której bliski sercu był zdrowy i ekologiczny styl życia. Tyle przynajmniej wywnioskowałam po „naturalnym” stylu ubrania i dodatkach, a także „filozoficznych”, pozbawionych szczypty zrozumienia i dopasowania do wieku dziecka odpowiedziach. – Co ma styl ubrania do traktowania dziecka- ktoś się zapyta. Właściwie nic, ale chciałam zaznaczyć, że to na pierwszy rzut oka normalna, świadoma kobieta, żadna dysfunkcyjna matka, jednak wtłaczała pewną truciznę do umysłu tej Małej…

A ta scena, której świadkiem byłam to była walka. Walka o uwagę mamusi…Dziewczynka opowiadała, pytała matkę o byle pierdoły, aby tylko wciągnąć ją do swojego świata, zainicjować jakąś interakcję, jednak ta zaciekle trwała przy swoim – oschłym, oceniającym, krytycznym. Dziewczynka zaczęła nawet kłamać, byleby tylko zaskarbić sobie uwagę matki. Na każdą opowieść miała szybką i bolesną ripostę, na każdy jej głośny śmiech oschły nakaz, żeby była ciszej. Na każdą zdaną „rewelację” z życia szkoły matka odpowiadała ironicznym uśmiechem i oceną, że to totalna bzdura. Wszystko, co powiedziała Mała było złe, głupie, błahe, nieinteresujące i wydawało mi się, że najlepsze co mogłaby zrobić dziewczynka według matki to usiąść prosto ze wzrokiem wbitym w przeciwległą ścianę, jednak pewnie i to by źle zrobiła… Po kilku próbach entuzjazm dziewczyny odszedł na zawsze. Szlak mnie trafiał widząc to wszystko, a taką oziębłość i krytykanctwo wobec własnego dziecka widziałam po raz pierwszy.
I wtedy zdarzył się cud, bo oto do poczekalni weszła znajoma im kobieta z córką, chyba nawet rówieśniczką. Po rozmowie wywnioskowałam, że są sąsiadkami, a dzieciaki odwiedzają się regularnie. Druga kobieta zaczęła przepraszać krytyczną matkę za jakąś szkodę wyrządzoną w jej domu przez córkę. Krytyczna matka zapewniała, że nic się nie stało, że zdarza się i wcale się nie gniewa, bo to przecież taka „fajna i rezolutna dziewczynka, na którą nie da się gniewać“…
Sama byłam zaskoczona, że ta kobieta jest zdolna okazać jakiekolwiek uczucia oprócz oziębłości i krytycznego słowa. Córka sąsiadki korzystając ze swoich pięciu minut opowiedziała jakąś przekoloryzowaną historyjkę, czym zyskała sobie całkowitą uwagę i poklask swojej i krytycznej matki. Smutne to było, kiedy ciągle krytykowana dziewczynka bez słowa, z zazdrością, obserwowała przebieg wydarzeń. I za chwilę coś mi zaświtało, cała retrospekcja 4 letniej współpracy z moim dzieckiem. I głupio mi się zrobiło…

Przypomniało mi się, jak był u nas kolega Rumcajsika. Właściwie od początku było coś, do czego można byłoby się przyczepić. Porozrzucane buty w przedpokoju, zabawy na które nie pozwalam w domu mojemu dziecku, zniszczenie kilku rzeczy, które były dla mnie ważne itd, czyli dzikie dziecięce zabawy, które zawsze, kiedy wymkną się spod kontroli, kończą się źle. Jednak ani razu nie zwróciłam uwagi tamtemu chłopcu, mimo że nie raz miałam ku temu powód. „Obrywał“ za to mój Mały – że trzeba posprzątać, że jego buty są tam, gdzie być nie powinny, żeby szanował zabawki, itd. Mimo, że chłopiec zachowywał się tak samo, jak moje dziecko, a często nawet i gorzej ( bo mógł bezkarnie wykorzystywać chwilę i miejsce) to błędy mojego dziecka raziły mnie mocniej. Chciałam, żeby przedszkolny kolega czuł się u nas dobrze, jednak odbyło się to trochę kosztem mojego Malucha. Sypnęłam nawet komplementem, że tak pięknie wymawia „R“ podczas gdy nawet nie wspomniałam o językowych umiejętnościach synka. Tak jakoś już jest, że krytyka i stawianie poprzeczki bardzo wysoko wobec własnego dziecka przychodzi nam dość łatwo. Mamy za to tendencje do przeceniania umiejętności obcego, wobec czego nasze dziecko może poczuć się zdezorientowane, bo mamusia chyba bardziej lubi kolegę… Weźmy za to odwrotną sytuację, podczas której nasz partner traktuje nas w analogiczny sposób podczas towarzyskiego spotkania…Wojna domowa gwarantowana!

Wracając do kobiety i jej córki z poczekalni, po tym jak ich sąsiadki poszły w inną stronę przychodni, dziewczynka powiedziała do swojej matki, że ta jej chyba nie lubi, po czym dostała odpowiedź od mamusi, że „jak zwykle mówi same głupoty…“
Nie obawiam się, że podzielę los tej kobiety i jej córki. Nigdy nie krytykuję charakteru dziecka, a jedynie wskazuję na sytuację, które według mnie nie były poprawne. Jednak scena w poczekalni może być niezłą przestrogą, że granica między niedocenieniem, a krytykowaniem jest naprawdę cienka i dobrze czasami spojrzeć z boku na to co się stanie, jeśli zostanie przekroczona.

Sprawdź inne wpisy

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź