Kobiecym Okiem

Nie znoszę Tych dni

19 lutego 2017

 

Nie, nie mam na myśli comiesięcznej przypadłości kobiecej chociaż one, tak sobie myślę, w porównaniu z codziennymi zmaganiami dają mi najmniej w kość.
Jakiś czas temu posłałam mojego wówczas 2,5 latka do przedszkola. Cierpiałam razem z nim. A bo to jak on sobie poradzi, bo będzie tęsknił, bo jeszcze taki mały, bo to wszystko takie nowe, bo będzie chorował, bo taki bezbronny, bo, bo, bo. A mi było smutno, że to nowy etap, ze już „Coś” się skończyło, że czas tak szybko leci, że będę tęskniła za nim, że, że, że.

Alllle drogie Panie, zasmakowałam tego luksusu! Przyzwyczaiłam się do niego szybciej niż myślałam. Luksusu wypicia w spokoju porannej gorącej! kawy, luksusu ciszy, luksusu pustego mieszkania, luksusu trzy godzinnej niezależności, bo Mały ma zajęcia od 9 do 12. Tego, że mogę w spokoju popracować przy kompie, na krótką chwilę zająć się tylko sobą i swoimi sprawami. Po prostu żyć nie umierać.

No, ale nic nie trwa wiecznie. I wraz z luksusem przedszkolnych wyjść przyplątuje się do nas co jakiś czas wątpliwy luksus przedszkolnego chorowania. Już pal licho, że dzieci automatycznie łapią od siebie infekcje, szczególnie w okresie jesienno-zimowym. Już pal licho te wiecznie trwające katary przerywane pięciodniowym okresem „nie katarzenia”, ale co powiecie na mamusie przyprowadzające gorączkujące dzieci wypluwające od wejścia płuca? Ale to temat na osobny wątek. Wracając do tematu, złapało nas. Niby nic wielkiego, bo infekcja grypopodobna, ale to wystarczyło, by uziemić mnie z dzieckiem w domu na dłługi, o wiele za długi tydzień, w domu i wyssać z dwojącej się i trojącej matki wszystkie soki życiowe.

Piec dni roboczych masakry, bo to ani wyjść, ani zrobić coś konstruktywnego, no nic! Repertuar wspólnych zabaw, grania, malowania, układania klocków, śpiewania i czytania szybko się wyczerpał i pozostała pustka, którą zapełnialiśmy znienawidzonym przeze mnie przedmiotem, jakim jest telewizor. Mały upodobał sobie ostatnio bajkę „Masza i Niedźwiedź” i tak mnie katował nią odcinek za odcinkiem, a że we wszystkich czynnościach z moim dzieckiem trzeba aktywnie uczestniczyć, tak wydawałam odgłosy odpowiadające dramatycznym scenom, jakie pojawiają się w bajce. Później już z zamkniętymi oczyma na hasło „ Mama, pszczoły”, krzyczałam z przerażenia jak pszczoły atakowały Niedźwiedzia, albo „Mama, ona lata” i tu pojawiały się głośne odgłosy zachwytu. Po dwóch intensywnych dniach seansów znałam wszystko na pamięć. Później na hasło „Mama, misiu, misiu” reagowałam drgawkami.

Niestety, w środku tygodnia nagle nikt nie miał czasu żeby mnie odwiedzić, żeby chociaż do kogoś innego niż dziecko gębę otworzyć. Miałam wrażenie, że te dni ciągną się w nieskończoność. Blog umierał powolną śmiercią z powodu zaniedbania, funpage na Facebooku leżał i kwiczał, te trzy czytelniczki jakie miałam poszły sobie w cholerę gdzie indziej. Zżerały wyrzuty sumienia i walka o cierpliwość bo na plecach czułam oddech rzeczy, które miałam do załatwienia.

Zaczynaliśmy dzień o 6 rano, kończyliśmy o 19 bez chwili na drzemkę. Męża w tym czasie bardzo znienawidziłam, bo jak to, ja męczę się z Małym, a on codziennie rano wychodzi do pracy ( w końcu ktoś musi) i wraca 15 minut przed położeniem Małego spać. To bardzo nie fair, że tylko jeden rodzic ma cierpieć razem z Małym. Myślałam sobie „ Czekaj, czekaj, weekend już blisko, będziesz zasuwał przy Rumcajsiku tak, że kopyta będą się paliły, zemsta będzie słodka” Czwartego dnia Młody poczuł się lepiej, a my mogliśmy na godzinkę wyjść na zewnątrz. Życie za drzwiami kręciło się ku mojemu zdziwieniu jak zawsze. Świat się nie zatrzymał tylko dlatego, że nas dopadło choróbsko. Nie zmienia to faktu, że trwającą cały roboczy tydzień chorobę o mało nie przepłaciłam własnym zdrowiem, depresją i odosobnieniem.

I tak się zastanawiam, jak to jest, że jeszcze niedawno na samą myśl o posłaniu Małego do przedszkola szkliły mi się oczy, a teraz podobnie, tyle że na samą myśl „Co ja z nim będę robiła cały dzień w domu?” Nie żebym nie miała pomysłów i nie lubiła spędzać z nim czasu. Nie, zupełnie nie to, po prostu potrzebuję tych trzech godzin dziennie dla siebie. Dla zdrowia, dla równowagi psychicznej, dla samorealizacji w pracy przy komputerze. No i nie mam żadnych wyrzutów sumienia, głupich myśli, typu „jestem złą matką, że tak myślę”. Kocham Małego najbardziej na świecie, ale siebie też trochę lubię. Jednego jestem pewna, w poniedziałek zaprowadzę Rumcajsika pół godzinki wcześniej niż zawsze. Na pewno stęsknił się za kolegami, tak jak ja stęskniłam się za sobą.

 

Sprawdź inne wpisy

2 komentarze

  • Odpowiedz Ula 21 lutego 2017 at 17:54

    Ech, a co mogę powiedzieć ja, jeśli moja Córcia choruje od listopada praktycznie non-stop, z krótkimi, dwu,trzydniowymi przerwami na pójście do przedszkola???
    Sama w to nie wierzę, jak po 3 tygodniach kurowania jej w domu dostaje gluta do pasa, bo dzieciaki w przedszkolu nie są dobrze doleczone. Wszystkie moje plany odłożył na nie wiem kiedy,bo i tak nie mia,y szans na realizację. Jedyne szczęście, że mogę z nią w tym domu przebywać, bo zawodowo nie pracuję:) byle do wiosny,tak sobie powtarzam:D a blog fajny,zaglądam regularnie 🙂

    • Odpowiedz Anna Popis 21 lutego 2017 at 19:51

      Faktycznie, patowa sytuacja. Zawsze powtarzam, że jak dziecko choruje to mama również, bo to destabilizuje całą sytuację w domu, o jakichkolwiek planach nie wspominając. U nas w przedszkolu nie ma mowy o nieprzyjęciu dziecka, nawet chorego, gorączkującego. Nie raz toczyłam o to wojnę, a w odpowiedzi dostałam to, że dzieci muszą w ten sposób wzmacniać system odpornościowy! No to wzmacniamy, w domu, 2 tygodnie przedszkola, 2 tygodnie chorowania….
      Dziękuję za komentarz i miłe słowo:-)

    Zostaw odpowiedź