Parenting

Na te Atrakcje dla dzieci nie warto wydawać kasy

30 sierpnia 2017

 

 

Na pewno nie raz wpadłyście w ślepy zaułek, w którym z każdej strony atakowały Was oferty uatrakcyjnienia dzieciństwa swojego dziecka. Kurs tańca, angielski od kołyski, pływanie, jazda konna, rytmika dla niemowlaków, joga – od nadmiaru może rozboleć głowa i w ekspresowym tempie opustoszeć portfel. Sama stałam się kilka razy taką ofiarą, ale nie pluję sobie w brodę! Dzięki tym doświadczeniom mogę faktycznie odsiać dobre rzeczy od tym kompletnie nieprzydatnych. A uwierzcie, te ostatnie zdecydowanie brylują na rynku!

Mam wrażenie, że napędzamy się sami. Oferty kursów dla najmłodszych mnożą się jak grzyby po deszczu, a my, rodzice jesteśmy ich idealnym banerem i bardzo łatwym celem. Marketingowcy doskonale wiedzą, że jesteśmy w stanie zrobić niemal wszystko dla swojej pociechy. Ponad to, często nieświadomie startujemy w wyścigu o tytuł najlepszej mamy na świecie, bo skoro dwuletnia córeczka Kaśki „chodzi” już na balet, to nasza nie może być gorsza i też, chcąc nie chcąc, musimy stymulować jej rozwój…Niech spróbuje wielu rzeczy! I to właśnie zdanie zwiodło mnie na manowce.

Chyba jednym z pierwszych kursów, jakie proponowane są najmłodszym dzieciom, bo już 3- miesięcznym, jest tzw Nauka pływania. Hasła głoszą mniej więcej tak: „Do tej pory naturalnym środowiskiem Twojego dziecka była woda. Nie zmarnuj tego”. No właśnie, nie zmarnować…ale czego?
Na kurs wybrałam się z 4- miesięcznym wówczas Rumcajsikiem z obawą, że przegapiłam ten czas i „zmarnowałam” jego naturalne predyspozycje do śmigania w wodzie i teraz ja, zła matka, odebrała dziecku możliwość bycia następnym Michaelem Phelps’em, niekwestionowanym królem pływania. Namówiła mnie koleżanka, z którą nieźle uśmiałyśmy się po zakończonym, trwającym 10 tygodni kursie…
Co w tym kursie jest niby takiego fajnego, że przyciąga tylu rodziców? Już po wszystkim mogę śmiało powiedzieć, że chyba jedynie zdjęcie nurkującego dziecka, w który opatrzony jest każdy baner reklamowy. Nie do końca pamiętam ile zapłaciliśmy za to całe przedsięwzięcie, pamiętam jedynie, że cena nie do końca mnie uradowała…

Co było fajnego: to, że woda faktycznie wycisza Malucha jak również to, że pani prowadząca kurs pokazała kilka chwytów, którymi bezpiecznie można przytrzymać dziecko dając mu jednocześnie swobodę poruszania się w wodzie. Ważnym też było dla mnie możliwość spotkania się z grupą innych mam, jakże ważny aspekt w momencie, kiedy człowiek niemal uwięziony jest z dzieckiem w domu…

A co było niefajne? To, że już po pierwszych zajęciach, przed którymi wymagana była zapłata za całość kursu, zdałam sobie sprawę, że to samo mogłabym zrobić nie chodząc na kurs. Wystarczyło jedynie podpatrzeć innych kursantów i wszystko byłoby jasne. Ostatecznie to całe nurkowanie, punkt kulminacyjny kursu, do niczego dziecku nie jest potrzebne. Tu chyba najważniejsze jest zdjęcie nurkującej pociechy, a raczej zdezorientowanego i nieco wystraszonego bobasa, którego co jakiś czas zanurza instruktorka w wodzie…Ot, taka pamiątka za stosunkowo grubą kasę. Zdecydowanie lepiej jest wykupić półroczny karnet na basen i faktycznie chodzić tam z dzieckiem i „zapoznawać” je z wodą. Spokojnie i we własnym tempie.

Moje znajome były zdecydowanie lepiej zorientowane, co dzieje się w okolicy. Jak tylko usłyszałam od jednej z nich, że organizowane są za „niewielką opłatą” zajęcia grupowe z rytmiki, pomyślałam, że to dobry pomysł. Mały miał nieco ponad rok, uznałam, że byłaby to dobra okazja do pobawienia się i pobycia trochę z innymi dziećmi. Tym bardziej, że jak podkreślali pomysłodawcy tego typu zajęć, muzyka ma już na tak wczesnym etapie pobudzać rozwój psychofizyczny dziecka… Martwiło mnie jednak to, że mój Maluch w tamtym czasie nie wykazywał zainteresowania ani innymi dziećmi, ani tańczeniem „na rozkaz”. Przemyślałam nieco tą sytuację i ostatecznie, na szczęście, nie dałam się nabrać na kolejny bubel serwowany przez samozwańczych instruktorów. Na tym etapie życia dziecka zdecydowanie lepiej wypada możliwość potańczenia z tak dobrze znaną mamą w domu, przy ulubionych dźwiękach. Można zaprosić zaprzyjaźnioną dzieciatą kumpelę i już mamy fantastyczne zajęcia z rytmiki na znanym i bezpiecznym terenie i to całkiem za friko. Tym bardziej, że tak małe dziecko, dla którego przewidziana jest tego typu zabawa w tym okresie nie wykazuje większego zainteresowania innymi Maluchami, a tym bardziej waleniem ….. Co w takim razie wyniesie z takich zajęć, które za chwilę zginą w czeluściach niewykształconej jeszcze zdolności zapamiętywania?

A co z językowym żłobkiem, przedszkolem i kursami językowymi?

Pozwolę sobie na małą dygresję i opowiem Wam moje doświadczenia, bo Rumcajsik przez jakiś czas był dzieckiem dwujęzycznym. Musiał być, z racji mieszkania za naszą zachodnią granicą i uczęszczania do tamtejszego żłobka, a później przedszkola.
Kiedy dziecko może być dwujęzyczne? Warunkiem bilingwizmu jest wprowadzenie nauki języka obcego przed trzecim rokiem życia. Tutaj wszystko by się zgadzało, bo mój Maluch poszedł do żłoba mając 2,5 roku.
Jednak przyjęliśmy zasadę, że w domu mówimy tylko i wyłącznie po polsku, będąc przekonanym, że język obcy i tak łyknie szybko i niezauważenie. Zapomnieliśmy jedynie o „małym” szczególe…idąc do żłobka moje dziecko po niemiecku umiało powiedzieć TYLKO jedno słowo – JA (co oznacza „tak”). I możecie mi wierzyć, był przerażony wszechobecnym obcym językiem, nowym miejscem i tym, że k o m p l e t n i e nic nie rozumie. Mam przed oczami taki obrazek, po którym gula w gardle nie pozwala mi oddychać – pochylająca się nad moim dzieckiem niemiecka przedszkolanka mówiąca coś do niego i przeraźliwy wyraz buźki i oczy pełne łez, ale takich jeszcze nie lecących po policzkach i jego bardzo bardzo smutne „JA”wypowiedziane tonem sygnalizującym, że zaraz wybuchnie gromkim płaczem…Na wszystko odpowiadał „JA”. I teraz słowo do osób, które pletą kompletne bzdury i powtarzają innym jak mantrę, że dzieci to tak błyskawicznie i bezproblemowo przyswajają inny język – Nauka obcego języka w obcym kraju to dla dziecka przeogromny stres! Taki Maluch potrzebuje miłości i poczucia bezpieczeństwa. Natomiast w miejscu, w którym nie ma ani jednego ani drugiego przeżywa istny koszmar. Czuje się jak pozostawione lwom na pożarcie, jest niepewne i przerażone. Owszem, dzieci uczą się szybko będąc w środowisku obcojęzycznym, natomiast cena, jaką muszą za to zapłacić jest przez nas, dorosłych, ogromnie lekceważona i niedoceniana.

Nie mieliśmy wyjścia i język niemiecki wplataliśmy w codzienne zabawy w domu. Małymi kroczkami do przodu, a Mały zaczął robić postępy na tyle, żeby wyrażać swoje potrzeby i rozumieć komunikaty innych. I teraz uwaga, po powrocie do Polski moje dziecko nie chce słyszeć o tym języku. Rozumie wszystko nadal, bo nieraz specjalnie rzucę kilka zdań, w których wyrażam prośbę np. o zapięcie pasów, wypicie czegoś, proste komunikaty i faktycznie robi to, o co go proszę bez zastanowienia. Jednak zauważyłam, że używanie tego języka traktuje jako karę, od razu prosi żebyśmy rozmawiali po polsku, od razu staje się grzeczniejszy, właściwie to nieodpowiednie słowo, staje się niepewny, wymuszenie posłuszny i poddenerwowany. Tak, jakbym właśnie ukarała go tymi słowami… Wyjątkiem jest jedna książka, którą pozwala sobie czytać, a ja robię to z wielką chęcią.

Zawsze obserwuję reakcje mojego dziecka, mowę ciała i ton głosu. Nigdy tego nie lekceważę, wiem, kiedy warto odpuścić i nie kruszyć kopii o bzdurę, dlatego jest między nami taka wyjątkowa więź…Widzę w nim siebie, wiem co czuje, jest tak samo naładowany emocjami, tak samo empatyczny, jak ja. Dlatego rozumiem jego niepewność, dlatego też, może dzięki temu nie popełniam większych błędów(oprócz straszenia TU) i dlatego też nie zmuszam Go do czegoś, na co nie jest gotowy i dobrze nastawiony, bo to bardzo wrażliwy chłopczyk.

Wracając do meritum, czy warto inwestować w żłobek, tudzież przedszkole językowe? Nie wydaje mi się, bo oprócz klepanej na pamięć piosenki i kilku zwrotów dziecko i tak niewiele wyniesie. Właściwie to samo można osiągnąć domowymi sposobami, przy okazji zabaw. Aby dziecko naprawdę „załapało” język musi obracać się w tym obcojęzycznym środowisku, a na dodatek być na to emocjonalnie gotowe. Nie ma co na siłę zmuszać Malucha i serwować mu „niespodzianki” zgodne z aktualnymi trendami. Wystarczy na wszystko spojrzeć nieco sceptycznym okiem z dużą dozą znajomości swojego Malucha. Moim zdaniem zdecydowanie więcej korzyści przyniesie przyswajanie języka od ok 6 roku życia.

Muszę się też z Wami podzielić jedną z takich reklam kursów, którymi mamieni są rodzice. Przyznam się, że przeraziło mnie jej przesłanie i stek bzdur wciskanych do zatroskanych i chcących przychylić nieba dziecku rodziców. Przeczytajcie jego treść (całość skopiowana), celowo wypunktowałam nazwę tej metody, aby nie puszczać dalej takich bzdur w świat :

 

„ Dla każdego rodzica jego maleństwo jest największym skarbem. W kilkumiesięcznym dziecku tkwi niewyobrażalny wprost potencjał. Mózg niemowlęcia jak gąbka chłonie dźwięki z otoczenia. Uczy się je rozpoznawać. Następnie powtarzać oraz nadawać im znaczenie.
Jeśli stworzymy maluszkowi okazje do regularnego kontaktu z wieloma językami, będzie ono w stanie nauczyć się perfekcyjnie posługiwać nieograniczoną ich liczbą. Metoda ……. wykorzystuje potencjał niemowlęcego umysłu do nauki języka angielskiego. Takie naturalne nauczanie można rozpocząć już w wieku 3 miesięcy(…)”.

Jestem pewna, że czujecie to samo co ja! Czujecie się robieni w balona. Ale tak spojrzałam na te wszystkie kursy z nieco szerszej perspektywy…Mam wrażenie, że nasze życie zdominowały poradniki (które tak namiętnie czytałam), kursy, szkolenia, nacisk na samorealizację. Przejrzałam nawet ofertę pewnej instytucji, która proponuje takie zajęcia. Okazało się, że na 1/3 tych kursów miałabym ochotę pójść…
I tak sobie myślę, że w dobie takiego wyboru i dostępności ciężko jest zachować umiar i odsiać rzeczy, które faktycznie będą nam potrzebne od tych, które zabiorą nam tylko czas i pieniądze, bo i tak nie będziemy praktykować nowo przyswojonej wiedzy. Ważną zatem dla nas staje się metoda „odhaczenia i zaliczenia”, punktów z listy, tak, abyśmy mieli poczucie, że nie marnujemy swojego czasu.
Pod przykrywką samorealizacji i samodoskonalenia łatwo stać się ofiarą niepotrzebnych i nieprzemyślanych wyborów. Tą samą metodę stosujemy wobec dzieci, którym chcielibyśmy ofiarować możliwość spróbowania możliwie wielu rzeczy, jednak często zapominamy o głosie rozsądku i o tym, że na tak wczesnym etapie życia dziecka sami możemy być najlepszymi nauczycielami.

 

 

 

 

 

Sprawdź inne wpisy

1 komentarz

  • Odpowiedz Kasia P. 31 sierpnia 2017 at 06:40

    Wiesz, że ja też wpadłam z tym kursem pływania dla najmłodszych? Nam też kazano zapłacić przed pierwszymi zajęciami i już wiem dlaczego! Bo nikt nie poszedłby na kolejne. Nie sprawdziłam informacji, nie popytałam innych i tak wyszlo! Dałam się nabrać. Taka machina żerująca na rodzicach chcących zapewnić dziecku wszystko w miarę możliwości. A wiesz jakie są jeszcze najgorsze kursy? Myślę, że takie podarowane przez niektórych hojnych członków rodziny czy przyjaciół bez konsultacji z rodzicami, np wykupienie kilku godzin jazdy na gokardach czy też koniach! I wiesz, rodzice np nie mają tyle funduszy aby kontynuować to hobby, na które dziecko już zdążyło załapać bakcyla i jak tu wytłumaczyć rozczarowanemu maluchowi? A co do języków, to wszystko w swoim czasie. My korzystamy z państwowego przedszkola i w naszym akurat nie ma języka, ale kupiłam książeczkę i będziemy przyswajać podstawowe rzeczy jak tylko moje dziecko wykaże zainteresowanie 🙂 Pozdrawiam!

  • Zostaw odpowiedź