Kobiecym Okiem

Mit cudownego macierzyństwa

31 grudnia 2016

Ciężko i długo przyjmowałam do wiadomości mój „błogosławiony stan”. Bynajmniej nie był on na początku źródłem szczęścia i motyli w brzuchu. Powiem wprost i bardzo niepoprawnie politycznie – byłam zrozpaczona i przerażona zmianami jakie zajdą w naszym życiu, w moim ciele i w głowie. A pierwsze, o czym pomyślałam kiedy zobaczyłam dwie kreski na teście to to, że nie przeżyję porodu, po czym nastąpiła smutna refleksja „będę musiała regularnie gotować”. Sama już nie wiem co było bardziej przytłaczające.

Pomijając ten ciężki okres, starałam się jakoś przygotować na to, co ma nadejść. A że zakupy idą mi całkiem dobrze (podejrzewam nawet zakupoholizm), zaczęłam od wizyty w sklepie i kupowania na oślep ubranek, co by to już „namacalnie” poczuć życie, które we mnie rośnie i które niedługo wywróci moje do góry nogami. Oczywiście tylko te w kolorze różowym, bo jakoś tak mi się ubzdurało, że będzie to dziewczynka. W 21. tygodniu ciąży moje plany wzięły w łeb, bo oto lekarz stwierdził, że pomylił się przy określaniu płci.

Czytałam też sporo specjalistycznej prasy, w których głównymi bohaterkami były pięknie uczesane, wymalowane panie z przyklejonymi uśmiechami do twarzy.Taka przecież będę – pomyślałam. Oprócz małych wzmianek o tym, że może być ciężko, ale to tylko na początku, dopóki dziecko nie nauczy się pór dnia i stałych rytuałów, przekonywali, że później będzie wszystko cacy. Oczywiście podeszłam do tego w wielką dozą nieufności, a niektóre wypowiedzi moich „dzieciatych” koleżanek tylko utwierdzały mnie w przekonaniu, że oto nadchodzi armagedon dla mnie jako kobiety. Z resztą nigdy nie ukrywałam, że nie lubię dzieci, co zupełnie nie ułatwiało mi sprawy wyobrażenia sobie siebie, jako zakochanej w stanie macierzyństwa mamie.

Według mnie dzieciaki były zbyt hałaśliwe i absorbujące, bo co tu dużo mówić, z dzieciatymi koleżankami nie można nawet spokojnie porozmawiać, bo zaraz jakaś mała zaraza ciągle przeszkadza i tak oto przekrzykujemy się zamiast spokojnie przy kawce obgadać kilka ważnych spraw w żadnej mierze nie związanych z dziećmi. Powiem wprost, wizyty u „dzieciatych” zawsze działały na mnie jak najlepsza metoda antykoncepcyjna. A tu nagle sama miałam być mamą.

Pocieszenia szukałam u mojej bardzo rozrywkowej koleżanki, która stwierdziła, że owszem, dzieci w życiu zmieniają wszystko, ale tylko na lepsze.Hmmmmm ( no nie wiem, a dopisuje to już jako mama 3 – letniego chłopca), jej słowa dały mi nadzieję, że jakoś to będzie. Ba! Ona, taki zwierz imprezowy, dała radę i jest zadowolona, to tym bardziej ja stanę na wysokości zadania i będę źródełkiem tryskającego życiowego optymizmu. Przecież to chyba faktycznie musi być piękne. Takie piękne rzeczy dla dzieci, piękne wózki do wyboru, piękne dzieci na okładkach pism dla ciężarnych, więc i macierzyństwo musi być piękne. No MUSI być! I tu chciałabym postawić kropkę chociaż na palec sam ciśnie się klawisz ze znakiem zapytania, bo rzeczywistość jest zupełnie odmienna.

Zacznę od tego, co dzieje się z twoim ciałem zaraz po tym, jak uporasz się z bólem poporodowym. Niestety, takiej ilości wiszącej, sflaczałej skóry nie dostrzeże się w tych czasopismach z pięknymi młodymi mamami. Nie usłyszy się też o niej od innych mam, bo jakoś wszystkie „nagle” zapomniały co miały pod bluzką, a uśmiech dziecka rzekomo wynagradza im poniesione estetyczne szkody. No i tak zastanawiasz się, czy zmieniasz się w psa rasy Shar pei, czy to może stan przejściowy i wszystko samo wróci do normy.

Otóż już spieszę z odpowiedzią, samo nic nie wróci bez ciężkiej pracy nad defektem. Niestety. A z resztą, jakie to ma znaczenie, teraz jesteś mamą, a twoje potrzeby i zmartwienia dotyczące twojego wyglądu czy samopoczucia są zupełnie nie ważne, ba, są wręcz nie na miejscu. Mamy się nie skarżą, nie wypada, nie wiedziałaś o tym? Kiedy tylko zaczynasz troszkę narzekać na dolegliwości przy najbliższych osobach słyszysz, Daj spokój, będzie dobrze, zobacz, za to jakie masz śliczne i zdrowe dziecko”. Trudno z tym polemizować, życie się zmienia. Całkowicie. I oto bum! Witaj w klubie. Już stałaś się mamą, a twoje całe przeznaczenie to macierzyństwo i znoszenie wszelkich niedogodności bez zająknięcia.
I tu muszę zrobić przerwę i w ramach dygresji zaznaczyć, że nie u każdego tak to wygląda. Sytuacja przedstawiona jest z mojej perspektywy i kilku zasłyszanych historii znajomych dziewczyn.

Zdaję sobie sprawę, że istnieją gdzieś tam na świecie kobiety, które absolutnie nie mają na co narzekać, bo albo są Superkobietami, albo mają odpowiednią pomoc wokół siebie w postaci gosposi, niani, cudownej babci albo wyjątkowo opiekuńczego i wyrozumiałego partnera.

Wracając do tematu, kiedy już zdążysz oswoić się z nowa rolą i zakochasz się bez pamięci w swoim maleństwie, orientujesz się, że wszystkie wizyty bliskich ustają, w końcu napatrzyli się na nowego przybysza, a mąż musi wrócić do pracy, która wydaje ci się trwać wieki. I oto zostajesz sama ze wszystkim, czyli długą listą obowiązków do wypełnienia. Od karmienia maleństwa, przewijania go, poprzez pranie, prasowanie jego miniaturowych ciuszków – a przy okazji ubrań partnera (ty swoich nie musisz, masz jeszcze nadmiar ciała, więc wszystko ładnie wyprostuje się na tobie)na gotowaniu, sprzątaniu i spacerach z maluchem kończąc. Wieczorem, kiedy będziecie już w komplecie wypadałoby zdobyć się na uśmiech i dobry humor, ale zwyczajnie brakuje ci sił, bo wszystkie zdążyłaś wyczerpać w ciągu długiego, ciężkiego dnia pracy, za która nigdy nie dostaniesz wynagrodzenia. No może w postaci bliskości ze swoim maluszkiem, ale to już zupełnie inna sprawa.

Po jakimś czasie zacznie doskwierać Ci nie tylko chroniczne zmęczenie i brak chęci na cokolwiek innego wykraczającego poza matczyne obowiązki, ale przede wszystkim monotonia prowadząca do fatalnego nastroju, co z resztą nie znajdzie zrozumienia u twojego partnera. Coraz częściej będą wracały dawne wspomnienia i wyidealizowany obraz nie tak dawnej przeszłości, kiedy to byłaś czasowo niezależna, a jedynym priorytetem byłaś ty sama. I zaczniesz zazdrościć mężowi i to bardzo, który rano wychodząc do pracy zamyka drzwi i dla niego zaczyna się inny świat, a ty wciąż musisz do znudzenia powtarzać te same czynności, a jedyną rozrywką dnia będzie spacer po znanej do bólu drodze i powrót męża z pracy, na który zareagujesz dwojako, albo z pretensjami, że wasze obowiązki względem dziecka są nieproporcjonalne i masz już dość, albo z radością – w zależności od tego, jak bardzo będziesz danego dnia zmęczona.

W ramach protestu, raz na jakiś czas pomalujesz oko i zostawiając dziecko pod dobra opieka, wypuścisz się sama na miasto, np na samotne, półgodzinne zakupy do Biedronki, ale jeśli karmisz piersią twoje cycki zaczną „buzować” sygnalizując Ci, że oto pora karmienia się zbliża. Czyste szaleństwo. A propos karmienia, zapomniałam jeszcze dodać, że decydując się na karmienie dziecka piersią, automatycznie zostaje przypisana ci rola kompleksowej obsługi dziecka. Bo jak tylko maluszek zapłacze natychmiast usłyszysz” Daj mu cycka”. Otóż moi drodzy, dziecko płacze nie tylko z powodu głodu. Szybko przestaje mu się podobać tryb pracy „jedzenie-spanie” i czasami ma ochotę na zmianę pozycji, lub po prostu chce poczuć bliskość drugiej osoby (Nie muszę chyba dodawać, że to właśnie twój kręgosłup najbardziej dostanie w dupę). Błagam, trochę własnej inwencji i zaangażowania bez konieczności włączania w to Młodej Mamy.

Wracając do relacji z partnerem to ulegną ona znacznej zmianie jeśli nie, jak w w większości przypadków, pogorszeniu. Twoje zmęczenie będzie kładło się cieniem na aktywność fizyczną, którą wypadałoby podjąć, żeby powrócić do formy, a to bezpośrednio przełoży się na twoje poczucie atrakcyjności i pewności siebie. To już krótka droga do odebrania apetytu na jakiekolwiek amory, z czym z resztą partner będzie miał problem, bo jak się dowiesz „ bardzo się zmieniłaś od kiedy jest dziecko”. Ale ty będziesz miała to chwilowo w dupie, bo owszem, jesteś zakochana do szaleństwa, ale w swoim dzieciaczku, który bezapelacyjnie jest na pierwszym miejscu i wszystko, o czym myślisz dotyczy jego. I tak być powinno. Moim zdaniem.

Wydawać by się mogło, że nieprzespane noce, kolki czy niekończące się karmienie dziecka, które zrobiło sobie z ciebie smoczek, to najtrudniejsze rzeczy, z jakimi przyjdzie Ci się zmierzyć. Ale nic bardziej mylnego, bo cały problem sprowadza się do wielkiego słowa na „O” – Organizacji. Ta trudna sztuka jest kluczem do twojego przeżycia i będziesz uczyła się jej całe życie. W moim przypadku przypomina sinusoidę, raz udaje mi się ogarnąć prawie wszystko i znaleźć nawet chwilunie dla siebie, a raz dupa i ledwo mogę wyrobić z zakrętu, orientując się w połowie dnia, że nie mam jeszcze obiadu, który zwykle podaje w tym czasie.

I wszystko to, co opisałam z lekkim, ale niestety, tylko lekkim przymrużeniem oka, wydawałoby się koszmarem gdyby nie to, że jestem kobietą, wielozadaniowym kombajnem i kto inny jak nie ja, dam sobie z tym rade. Na pewno. Z czasem pewne czynności wchodzą w nawyk i robi się je automatycznie, bez zastanawiania się ,czy mam na to sile czy nie, o ochocie już nie wspominając. Poza tym, czas leci tak szybko, że w codziennej gonitwie nie zauważasz jego upływu. Tylko powrót do zdjęć sprzed kilku miesięcy uświadamia Ci jak wiele się zmieniło i jak szybko rośnie.

Teraz druga, piękniejsza strona medalu, bo mam wrażenie, że zrobiło się zbyt ponuro. Owszem, jest ciężko, owszem wypicie gorącej kawy to synonim luksusu, owszem spadłaś z piedestału atencji, a twoje ciało to tylko smutne wspomnienie tego sprzed ciąży, owszem idąc na zakupy ubraniowe dla siebie wracasz z torba ciuszków dla dziecka. A ty dalej nie masz w co się ubrać. No i twój związek też nie jest taki, jaki był. To wszystko ma swoje potwierdzenie w milionach przypadków. Ale niech mi ktoś powie, czy jest coś piękniejszego niż słowo „Mamusiu” wypowiedziane najsłodszym głosikiem świata? Albo czy jest coś przyjemniejszego od wtulenia ciepłych stópek w twój brzuch w środku nocy w łóżku, które dzielicie w nadkomplecie? Czy jest coś ważniejszego od porannego, jeszcze piżamowego przytulania z maluchem? I czy nie mijają wszystkie złości i zmęczenie kiedy dostajesz najszczerszego buziaka pod słońcem? To jest właśnie macierzyństwo.

Najtrudniejsza rola z jaką przyjdzie Ci się zmierzyć. Wymagająca, dogłębnie intensywna, ucząca Cię cierpliwości i pokory każdego dnia. Ucząca Cię siebie i pokładów miłości jakie w tobie drzemią. Takich, o istnieniu których nie miałaś pojęcia i o które byś siebie nie podejrzewała. Takie, które codziennie odkrywasz na nowo. I mimo niedogodnień, jakie występują na tej drodze, to najpiękniejsza ścieżka jaka dana jest człowiekowi przejść. Dziękuję że mogę po niej kroczyć. Mama.

 

 

Foto JaroW

Sprawdź inne wpisy

4 komentarze

  • Odpowiedz shelkahome 12 stycznia 2017 at 19:35

    o jak miło Aniu, gratuluję lekkiego pióra, każdy wpis czyta się z przyjemnością, zapisuję się do stałych czytelników, pozdrowionka Kasia

    • Odpowiedz Anna Popis 12 stycznia 2017 at 19:39

      Bardzo dziękuję Kasiu, to wiele dla mnie znaczy 🙂

  • Odpowiedz Monika M 27 stycznia 2017 at 00:35

    Baaaardzo dobry wpis!!!! Bardzo!

    • Odpowiedz Anna Popis 27 stycznia 2017 at 08:39

      Dziękuję Moniko, samo życie!:-)

    Zostaw odpowiedź