Parenting

Misja – okiełznać przedszkolnego potwora

29 lipca 2017

 

Jakiś czas temu, przy szykowaniu deseru usłyszałam dobiegającą z pokoju rozmowę mojego dziecka z ukochaną owieczką. Słuchałam i nie poznawałam tego dzieciaka. „(…) I zesrał się w gacie”, po chwili „(…)ja pierdzielę(…)” i jeszcze kilka „dup” użytych jako przecinek. Podeszłam bliżej drzwi jego pokoju, aby dokładnie wsłuchać się w tą „wspaniałą” i żywą wymianę zdań, a w zasadzie to monolog. I uszy mi zwiędły. Skąd on to zna?? Gdzie się tego nauczył?Przecież moje dziecko TAKIE nie jest… W głowie odtworzyłam niektóre sytuacje, ale za nic w świecie nie mogłam doszukać się w nich takich słownych cudowności. Zwykle się pilnuję, a mięchem rzucam w myślach…

Stojąc dalej pod drzwiami dowiaduję się, że w ramach dobrej zabawy przedszkolny kolega nadział czerwonego robaczka na igiełkę (pineskę) i ten robaczek „bardzo szybko wtedy się ruszał”… Wszystko skwitował głośnym śmiechem i całkowitym podekscytowaniem. Zamarłam…

Jeszcze nie odzyskałam głosu, podałam deser, bo obiad poszedł słabo i napotkałam opór. Nie ma ochoty, mówi, że jest najedzony, ale haribko by zjadł, tak jak i inne cuksy… Ok, powoli łapię – Przedszkole i grupy łączone!

Szybko zrozumiałam w jakiej sytuacji się znalazłam, bo wraz z pójściem Młodego do przedszkola, w pakiecie z infekcjami dostałam konieczność stawienia czoła kilku niefajnym aspektom tego miejsca – braku kontroli nad tym, co robi i co jemu ktoś robi, ile słodyczy pałaszuje oraz jaki wpływ mają na niego inne dzieciaki. Skoro w najbliższym otoczeniu czegoś takiego raczej nie doświadczy, to drogą dedukcji padło na przedszkole właśnie.

Byłam zła i nie bardzo wiedziałam jak ugryźć temat. Kilka dni zbierałam dyskretny wywiad od mojego dziecka, z kim lubi najbardziej się bawić, co to za zabawy, jakie słodycze ostatnio jadł i kto je przyniósł…I zdenerwowało mnie to, bo naiwnie myślałam, że skoro w domu nie jest łasy na słodycze, to raczej poza nim też nie będzie wyciągał rąk. I właśnie o ile w domu mam nad tym pełną kontrolę, tak poza nim już zupełnie nie…A to mi się nie podobało. W końcu zaczęły nachodzić mnie wątpliwości, zwrócić uwagę paniom przedszkolankom o limitowanie słodyczy tym samym ryzykując, że moje dziecko zostanie wykluczone – inni dostaną a on nie – czy dalej wkurzać się na czym świat stoi i bezgłośnie i bezinterwencyjnie przełknąć tą słodyczową żabę, tym samym płynąc z prądem przedszkola i zasad tam panujących? No i co zrobić z chłopczykiem, którego zdążyłam już zidentyfikować, a który ma fatalny wpływ na moje dziecko?

Jak to zwykle bywa, w pierwszym przypadku problem sam się rozwiązał, bo bez układania wyważonych słów i niezręcznych rozmów sama byłam świadkiem, jak na ogrodzie wystawiona została mała torebeczka z gumami rozpuszczalnymi i raz po raz lądowały w niej małe łapki. A że zawsze prędzej mówię, niż myślę, tak od razu sprzeciwiłam się tej sytuacji. Wyjaśniłam, że zdecydowanie wolę zamiennik tego cukru w postaci owoców i że ostatnio apetyt mojego dziecka padł na twarz i nie może się podnieść…
Jednak po odpowiedzi opiekunki, fantastycznej zresztą, i zapewnieniu mnie, że będą miały na to oko, dotarło do mnie, że problemem moim nie są słodycze, no może trochę, a to, że moje dziecko żyje własnym życiem, przedszkolnym co prawda, ale własnym. I od czasu, gdy przekroczy próg przedszkola nie jest już tylko moim dzieckiem, nad którym mam pełną kontrolę i któremu wyznaczam granice, a trzyletnim chłopczykiem, który sam decyduje ile zje, jak zje, z kim i w co będzie się bawił. A skoro mam pełne zaufanie do tego miejsca i opieki pod którą jest, to daj mu Matko żyć i być częścią tej grupy, słodyczowej co prawda, ale grupy…Zresztą, słodkości w porównaniu do problemu z wulgarnym kolegą, którego mój syn obrał sobie za wzór, to w tym momencie pikuś…I uwierzcie, dojście do tego punktu kosztowało mnie sporo przeprowadzonych z samą sobą rozmów i wiele zgryzionych paznokci.

Pozostał jednak ten jeden, największy problem…Problem fascynacji mojego dziecka innym kolegą, mającym niekoniecznie pozytywny wpływ na Rumcajsika. I tutaj sprawa jest nieco bardziej złożona, bo o ile zabranie dziecku czekolady jest do przeżycia, tak zabranie idola skutkuje znacznie poważniejszymi rzeczami. A idol ten pojawił się w luce, jaka powstała w okresie wakacyjnym. Wiele rodziców na czas wakacji zdecydowało się zostawić w domu swoje dziecko, i wsród takich dzieci znalazło się dwóch najlepszych kumpli Małego. Dość mocno to przeżywał, ja również, bo jestem pracującą mamą i nie mogłam zafundować synowi dwóch miesięcy przerwy. I wtedy pojawił się On. Wyszedł z cienia i był odpowiedzią na zapotrzebowanie mojego dziecka, czyli bieganie, bawienie się traktorami i kopanie w piasku. Typowo męskie sprawy w zdominowanej przez dziewczyny grupie. Cieszyłam się, że jest „zastępca“, ale wraz z tym „Zastępcą“ po niedługim czasie przyszły „ładne“ słowa i zwroty oraz nieznane mi dotąd zachowanie. Pojawiły się opowieści jak to Marcel* mówi do pani i innych, co robi i jaki to on jest fajny. Widziałam ten zachwyt i podziw w oczach mojego Malucha. Zaczęły mi jednak przeszkadzać te słowa i głupie zachowania. Nie poznawałam swojego dziecka, bo w domu fajny i mądry chłopak, wystarczył jednak moment i przeskakiwał na tryb „Marcel“. Rozmowy z Rumcajsikiem niewiele dają, bo Marcel wydaje się stać ponad nasze zasady i granice przyzwoitości małego dziecka. Odpowiedzi na problem jak zwykle szukałam w kilku poradnikach i forach internetowych. Cóż począć, kiedy inne dziecko ma zły wpływ na nasze? Mówić przedszkolankom, czy odpuścić sprawę żyjąc nadzieją, że w końcu nasze rozmowy i tłumaczenia, jak nie należy się zachowywać, przyniosą skutek? To, co przeczytałam trochę mnie przeraziło, bo ludzie „radzący” winy upatrywali w matce, która nie godziła się na takie zachowanie. Byłam ogromnie zaskoczona reakcją innych…Nauczona jednak doświadczeniem i goniona wyrzutami sumienia wyhodowanymi z wielu spraw, które przemilczałam w poprzednim przedszkolu w niemczech, postanowiłam działać i dać znać opiekunkom, że tą znajomość należy ukrócić, a już na pewno mieć na nią oko. Nie oczekuję odseparowania delikwenta od mojego dziecka, myślę jednak, że panie przedszkolanki powinny wiedzieć, że mamy problem. Być może kiedy zwrócą uwagę na nieodpowiednie zachowanie dzieciaka, ich głos sprzeciwu będzie silniejszy od mojego i Mały wreszcie zobaczy, że takie zachowanie wcale nie jest takie fajne? Swoją drogą, dylematy typu „zwrócić uwagę, czy dać spokój” nie raz zaprzątają głowę mamy przedszkolaka. Bo jednak obawa postawienia swojego dziecka w niekomfortowej sytuacji, gdy nas już przy nim nie będzie zawsze istnieje…Znacie to?
Wracając do tematu, macie jakieś pomysły na pokojowe okiełznanie wulgarnego przedszkolaka? Miałyście już podobną sytuację?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

* imię zmienione

Sprawdź inne wpisy

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź