Kobiecym Okiem

Marzenia, które Cię zabiją

17 grudnia 2016

Do tworzenia bloga zabierałam się jak przysłowiowy pies do jeża. Mimo, iż bardzo chciałam go mieć, miałam jego wizję, a pierwszy pomysł pojawił się już 5 lat temu, ciągle uważałam, że muszę lepiej rozeznać się w już istniejących, poznać tony publikacji o warsztacie pisarskim, stylu, obsłudze programów potrzebnych do publikowania w sieci, w końcu nauczyć się instrukcji obsługi aparatu fotograficznego. No właśnie! To ta ostatnia sprawa spędzała mi sen z powiek. Aparat jest niezbędny w pracy blogera, a mi nie chodziło o zdjęcia robione w trybie Auto. Zamarzyły mi się piękne fotki i choć pomysłów na nie miałam całkiem sporo, to jednak z ich realizacją było gorzej. Nie wiedzieć czemu, od razu wyobraziłam sobie, że czyta mnie tysiące osób i codziennie dostają oczopląsów na widok moich nieidealnych zdjęć. Moje założenia zaczęły stopniowo zjadać moją wiarę we własne siły, a presja jaka na siebie sama narzuciłam była ciężarem odbierającym mi radość z tworzenia. Tak po prostu.
Nienawidzę zabierać się za tak techniczne rzeczy, bo z góry wiem, że jestem skazana na porażkę. Wychodzę z założenia, że brak mi tego chromosomu niezbędnego do przyswajania technicznej wiedzy. Dla mnie trzy przyciski to o dwa za dużo. A tu na każdej stronie roiło się od terminów, które przyprawiały mnie o zawrót głowy: Ekspozycja, ISO, Przysłony, Tryby pracy itd, to wszystko skutecznie mnie zniechęcało. Poziom irytacji wzrastał w zastraszającym tempie i ostatecznie wieczór – bo to właśnie koniec dnia przeznaczałam na naukę, kończyłam po przeczytaniu jednej kartki. I tak codziennie dopóki starczyło mi cierpliwości. A że do cierpliwych i konsekwentnych osób nie należę, przebrnęłam przez połowę książeczki ,po czym lądowała ona w najciemniejszym zakamarku regału, zapomniana i okurzona. Jedynie raz na kilka tygodni rzucałam jej nienawistne spojrzenie i na tym skończyła się nasza współpraca. Tym oto sposobem Instrukcja obsługi aparatu stała się przysłowiowa kłodą na mojej drodze do spełnienia marzeń. Utknęłam przy byle pierdole.

I tak sobie myślę, że każdy z nas ma taką swoją „ Instrukcje obsługi”, sprawy, do których zabieramy się od jakiegoś czasu, ale wraz z uświadomieniem sobie, jak wiele pracy przed nami, pesymistycznej wizji poniesienia porażki i w końcu przekonaniem, że się jednak chyba do tego nie nadajemy skutecznie nas zniechęca. Tkwimy w martwym punkcie ciągle rozmyślając, co by było gdybym jednak przezwyciężył moją słabość i z uporem maniaka pracował na to marzenie.

Często obieramy sobie za cel pozornie banalne sprawy, najczęściej przy tych nieszczęsnych postanowieniach noworocznych, ale wraz z upływem czasu powietrze z nas ulatuje. Myślimy, że szczupła sylwetka wcale aż tak bardzo do szczęścia nie jest nam potrzebna, bo przecież ostatecznie, jak tak mocno wciągniemy brzuch, to nie jest aż tak tragicznie, są ludzie w gorszym stanie i do dopiero oni mają powiedzieć? Ćwiczenia muszą być przyjemnością, a nie katorgą. Możemy tez obejść się bez znajomości języka obcego, finalnie i tak nigdzie się nie wybieramy, nie ma kasy, więc bez sensu tracić nerwy i czas na mozolną naukę. A jak się chce, to przecież rękami i nogami też można się dogadać. Zmiana na stanowisku pracy też odchodzi w zapomnienie, bo wraz z awansem przybędzie nam obowiązków i bonusowo zmartwień. A co z tą „przynajmniej” jedną przeczytaną książką w miesiącu? Hmm w sumie jedna na trzy miesiące to też niezły wynik. Kto miałby czas w dzisiejszych czasach na takie przyjemności! Mam dom, dzieci, pranie sprzątanie, naprawdę mam co robić, może za rok będzie więcej czasu.
Nie chodzi o to, że całkowicie porzucamy swoje marzenia i zapominamy o nich. One dalej są w nas. Tkwią gdzieś z tyłu głowy i ciążą. Oj strasznie ciążą. Ale jako niezrealizowane, porzucone, utwierdzające nas w przekonaniu o własnej słabości, beznadziejności, o poniesionej klęsce, bo po prostu nie spróbowaliśmy. Uwierzyliśmy czarnym myślom, że i tak się nie uda. Ktoś kiedyś trafnie powiedział, że kiedy mamy marzenia i nie próbujemy ich spełnić życie staje się koszmarem. Podpisuje się pod tym obiema rękami.

Staram się nie różnicować marzeń na te błahe i te bardziej ambitne. Każde ma swój cel. Czasami jednak zawieszamy sobie tak wysoko poprzeczkę, że ciężko nam się ścigać z własnymi założeniami. Porównujemy nasze marzenia do obecnego stanu rzeczywistości i odczuwamy dysonans prowadzący to spadku entuzjazmu w dążeniu do celu. Czasami też utkniemy przy etapie „ Jak tylko”. Jak tylko kupię nowe buty, będę biegać, jak tylko kupię lepszy aparat, biorę się za robienie zdjęć, jak tylko zaopatrzę się w nowy komputer, wezmę się za ten kurs online. To takie wymówki mające na celu usprawiedliwianie naszej bezczynności. Myślimy, że kiedy zrealizujemy nasze „ Jak tylko ” wszystko pójdzie łatwo. Tym samym tylko odkładamy nasze założenia na półkę „ Nigdy niezrealizowane ”. A szkoda, bo z „ Wyspy Jak tylko” jest jedna jedyna droga ucieczki – po prostu zrób to i zobacz co się stanie.

Jednego ciągle się uczę i staram się wcielać w życie. To taki powolny proces i wymaga ode mnie wiele samozaparcia i cierpliwości : – Nie musisz robić wszystkiego perfekcyjnie, to nie jest cholerny konkurs, nie musisz być też od razu profesjonalistą, to przyjdzie z czasem. Zacznij i ciesz się z każdego postępu przybliżającego Cię do realizacji marzeń. Ważna jest ta radość z nauki, z progresu, który jest efektem dążenia do celu. Ważne aby marzenia i rzeczywistość były tymi dwiema strefami możliwymi do pogodzenia, a strach przed porażką nie unicestwił ich. Ważne, żeby zacząć, żeby sprobować, najwyżej nie wyjdzie. Ale na pewno nie będą dręczyły nas myśli o niepodjętej walce o siebie. Amen.

Sprawdź inne wpisy

2 komentarze

  • Odpowiedz Ania - mapa szczęścia 1 stycznia 2017 at 18:00

    Bardzo dobrze że wyobrazilas sobie od razu tysiące czytelników-siła przyciągania! Niech zadziała! Czytam i czytam i bardzo przyjemnie tu u Ciebie. Pozdrawiam i czekam na nowe wpisy 🙂

    • Odpowiedz Anna Popis 1 stycznia 2017 at 20:20

      Dziękuję Aniu, zapraszam regularnie:-)

    Zostaw odpowiedź