Lifestyle Uroda

Kwietniowe umilacze

26 kwietnia 2020

 

Ale dziwny to kwiecień prawda? Ładna pogoda w czasach pandemii zdecydowanie nie jest naszym sprzymierzeńcem. Słońce kusi i nęci, ale wszystko wskazuje na to, że jeszcze trochę będzie musiało na nas poczekać. Dziś będzie o moich umilaczach w tym przedziwnym czasie, rzeczach, które choć trochę ułatwiają mi ten okres.

 

Powiem Wam szczerze, że od początku tej koronowej zarazy miałam przeczucie, że trochę pocierpimy i wszystko wróci do normalności. Tymczasem tygodnie mijają i oprócz kolejnych obostrzeń nic się nie zmienia i wiele wskazuje na to, że jeszcze długo się nie zmieni. Największą trudność sprawia mi przestawienie się na myśl, że trzeba nauczyć się żyć z tym dziadostwem, ułożyć codzienność na nowo bez płonnej nadziei, że to tylko chwilowe. 

 

Zacznę od tego, co ostatnio nakręca mnie do działania, czyli do ćwiczeń, które przeprosiłam po wieeeelu tygodniach nicnierobienia. W życiu sprzed epidemii chodziłam na fitness minimum 3 razy w tygodniu. Szczególnie upodobałam sobie zajęcia TRX, które dają szybki efekt w stosunkowo krótkim czasie, sprawiają mi wyjątkową radość i satysfakcję i nie mają zabójczego tempa, które mnie osobiście bardzo zniechęca w zajęciach grupowych. No ale z racji sytuacji 🙂 muszę radzić sobie sama w domu. Już miałam naprawdę dość swojej bylejakości i obiecywania że „od jutra zacznę”, bo nie zaczynałam, a moja złość na własną gołosłowność i lenistwo eskalowało, co znacząco odbijało się na samopoczucie. Najgorzej jest zacząć, później idzie już z górki.

W listopadzie przy okazji mega promocji w Empiku zakupiłam nowy program Ewy Chodakowskiej Volume dedykowany nogom i pośladkom 😉 Nie żebym akurat w tą część ciała celowała najbardziej, ale cena była dobra no i guma dołączona gratis, więc nie było wyjścia 🙂

Tyle miesięcy biernie przyglądałam się pudełku z płytą, aż w końcu włożyłam ją do odtwarzacza. Jestem narazie po kilku treningach i przyznam się, że zrobiłam sobie zdjęcia przed rozpoczęciem programu i zrobię już po wszystkim, czyli po 14 treningach, po których Ewa obiecuje „fenomenalne efekty” No zobaczymy…W każdym razie nie mam nic do stracenia, a powiem Wam, że naprawdę lepiej się czuję mimo początkowego załamania braku formy i robienia 3 z 30 zaleconych przez Ewę powtórzeń:-). Myślę, że po tych 14 treningach napiszę osobny post o moich spostrzeżeniach i efektach, jeśli takowe w ogóle będą. Tylko będę musiała pokonać granicę wstydu żeby w gaciach poparadować przed Wami:-) 

 

A to odkrycie ostatnich miesięcy. Wosk zapachowy Yankee Candle. Kupiłam z ciekawości bo świeczki Yankee Candle są drogie, a tu udało mi się trafić na taką za 7 zł…Dopiero w domu spostrzegłam, że nie ma knota, jak normalna świeczka. Już miałam wyrzucić, ale ciekawość kazała poszperać w necie i dowiedziałam się, że mam wosk zapachowy, który wkłada się do kominka na świeczki i podgrzewa małym tealight’em. I powiem Wam, że to jest cudo! Żadna zapachowa świeczka, taka w rozsądnej cenie, nie daje takiego efektu, jak ten malutki wosk. Pachnie przepięknie, jest mnóstwo zapachów do wyboru – ja najbardziej lubię „Czystą bawełnę” i „Spokojne i ciche miejsce” – jest mega wydajny, nie ulatnia się. Jeden pachnący wosk starczył mi na dobry miesiąc codziennego podgrzewania i nadal uwalnia delikatny zapach wypełniając nim cały dom. 

 

Nie wiem jak Wy, ale ja mam już dość zewsząd atakujących mnie informacji dotyczących narodowego stanu zdrowia. Lubię włączyć radio w domu, ale od kiedy te co 15 minut podaje bieżące dane, tak poszukałam alternatywy. Nie wiem jakim cudem, pewnie przy odnawianiu abonamentu Tele dostałam możliwość korzystania z Tidal’a – platformy z muzyką. A tam twórcy wyszli naprzeciw obecnej sytuacji i opublikowali składanki kojące skołatane nerwy. I tak np mamy trwającą ponad 3 godziny Calm & Collected i kilka innych propozycji uprzyjemniające trudny dla nas czas. 

 

 

 

Ostatnio głośno było o akcji Empiku – możliwości bezpłatnego korzystania z ponad 11 tysięcy audiobooków, e-booków i podcastów. Na akcję załapałam się i ja i tym sposobem, w wolnym czasie, czyli gdzieś między gotowaniem, a praniem słucham sobie książek, które od dawna były na mojej liście „ do przeczytania”. Tym sposobem odsłuchałam już kilka poradników i „Magię sprzątania” może dzięki której moja szafa wreszcie wyjdzie na ludzi…

Jeśli jeszcze nie skorzystałyście z tej możliwości to TUTAJ  jest link, pod którym można się zarejestrować i korzystać jeszcze do połowy maja.

 

Ten tusz to absolutny hit. Hit, hit i raz jeszcze hit ! Kiedyś kupiłam go mamie przy okazji jakiegoś święta, ale to był raczej zakup w ciemno. Mówiła mi, że fajny, nie, że super! Ale poza ucieszeniem się z trafionego upominku, nie wzięłam sobie tych recenzji specjalnie do serca, bo od zawsze byłam wierna mojemu tuszowi Lancome Hypnose. Aż tu nagle…Przy okazji wyrzucenia zużytego Lancoma i Rossmannowej promocji nabyłam Ten tusz dla siebie. No i powiem Wam, że jest naprawdę genialny i nie wiem, czy nawet nie lepszy od Lancoma Hypnose. Mam długie i gęste rzęsy i znalezienie odpowiedniego tuszu z dobrą szczoteczką, który poradzi sobie z nimi jest nie lada wyzwaniem. Tusz Bourjois świetną szczoteczkę, która idealnie dozuje ilość tuszu. Pięknie rozdziela rzęsy i sprawia, że można nakładać kilka warstw bez obawy sklejenia i efektu rzadkiego grzebienia. Dodatkowo nie rozmazuje się, rzęsy są pięknie podkreślone i wyglądają bardzo naturalnie. Co jest jeszcze świetne – ma bardzo wygodną trójkątną „rączkę” dzięki czemu mascara idealnie leży w dłoni, a nakładanie tuszu jest znacznie bardziej precyzyjne.

 

 

Pozostając w tematyce kosmetycznej chciałabym Wam coś polecić. Coś, co rzuciło nowe światło na moją pielęgnację. Ostatni raz toniku do twarzy używałam jak byłam nastolatką i były to płyny na bazie alkoholu mające na celu zniwelowanie przywarów młodości, czyli pryszczy. Ostatecznie tak bardzo te środki wysuszały skórę, że ta broniąc się wydzielała coraz więcej zapychającego pory sebum i nowy wykwit wyprysków gwarantowany. Niedawno, po rozmowie ze znajomą kosmetolog, która zrobiła wielkie oczy jak się dowiedziała, że nie używam niczego tonizującego cerę, kupiłam delikatny hydrolat różany, który przywracał naturalne pH mojej skórze. I powiem Wam, że nie wiem jak do tej pory obeszłam się bez tych produktów. Dlaczego ważne jest neutralizowanie skóry? Bo każdy środek jaki stosujemy wpływa na jej pH. Ja np od wielu lat używam do mycia twarzy naturalnego mydła z Aleppo, które ma zasadowy odczyn i może powodować podrażnienie cery.  Kiedy pH skóry staje się zasadowe, pojawiają się wypryski, łuszczenie, zaczerwienienia i uczulenia na preparaty kosmetyczne. Skóra zaczyna się bronić i zaczyna wydzielać nadmierną ilość łoju. No i problem gotowy.

 

Dlatego trzeba ją zneutralizować, ugasić pożar, odpowiednim hydrolatem. Najlepiej naturalnym – wodą różaną, lub, do cery mieszanej i z problemami, tonikiem lawendowym. Ja używam oba naprzemiennie. Wodę różaną uwielbiam za zapach, natomiast to lawendowa wydaje mi się w moim przypadku lepsza w działaniu. Polecam te z najprostszym składem, oczywiście bez grama alkoholu. 

 

Nadeszła wiosna, nie da się ukryć. Oprócz dodatkowych zimowych kilogramów wystawiamy na widok blade ciała. Kompletnie zapomniałam o używaniu produktów brązujących, a te mogą okazać się dla nas teraz wyjątkowym sprzymierzeńcem. Zawsze bałam się smug, ale do ulubionego balsamu dodaję kroplę wielkości orzecha włoskiego i dzielę na strefy ciała:-) Dzięki czemu mam pewność, że nie narobię sobie śladów. Wybrałam produkt przeznaczony do cery jasnej, bo efekt wydaje mi się bardziej subtelny. 

Lubię mieć w domu świeże kwiaty, ale z racji tego, że ograniczyłam wyjścia do sklepu do absolutnego minimum, tak nie mam za bardzo co włożyć do wazonu. Jak ostatnio pisałam, przez suszę nawet ze spacerów po lasach i polnych drogach człowiek wraca z pustymi rękoma. Suszki natomiast mają się dobrze i całkiem nieźle prezentują się w wazonach. Dodają lekkości wnętrzu i są właściwie niezniszczalne. Zagraża im jedynie nasze znudzenie ich towarzystwem. Cała nadzieja teraz w bzach (których nie mogę się już doczekać), chabrach czy rumiankach. No i w deszczu.

 

Tą książkę nabyłam już jakiś czas temu, ale dopiero teraz, kiedy tęsknię za wszystkim, co dotychczas było normą na wyciągnięcie ręki, a dni zlewają się ze sobą niemiłosiernie, postanowiłam ją przeczytać. Sztuka Tworzenia Wspomnień to pozycja do popołudniowej kawki. Czyta się ją łatwo i przyjemnie, ale nie jest to kolejna lekka lektura, którą wywołuje chwilowy uśmiech na twarzy, a później ginie w czeluściach domowej biblioteczki. Ona pozwala spojrzeć na naturalne dla nas rzeczy z innej perspektywy, otwiera oczy. Autor, Meik Wiking, dyrektor duńskiego Instytutu Badań nad Szczęściem i autor bestsellerowego Huggy, częstuje nas sporą dawką wiedzy ubraną w przyjemne do czytania poczucie humoru.

Z książki dowiemy się między innymi, jak być bardziej uważnymi w życiu, co robić, aby nasze wspomnienia były bardziej trwałe i intensywne. Jak zmienić codzienność w coś niezwykłego i przeżywać życie mocniej, głębiej. 

Myślę, że w czasach, kiedy nasza niezależność została mocno ukrócona, a każdy dzień jest do siebie podobny, jest to świetna lektura do przemyślenia i wdrożenia wielu z zaproponowanych rozwiązań. 

Po przeczytaniu książki zrobiłam sobie mały spis rzeczy, które, jak tylko wszystko wróci do normy, chciałabym wpleść w moją codzienność. Polecam Wam ogromnie tą mądrą lekturę.

 

Nie wiem jak u Was, ale dużą część rozmów z moim mężem zajmują tematy związane z planami dotyczącymi tego, co zrobimy, jak to wszystko się wreszcie skończy. Na równi z rozpaczliwą wręcz tęsknotą naszej trójki za fryzjerem, tęsknimy do zobaczenia czegoś więcej niż do bólu znane ściany i ścieżki.

 W ilu to my już miejscach w swoich wyobraźniach nie byliśmy, a w ile planujemy pojechać! Wirtualnie poznałam już chyba wszystkie zakamarki naszego regionu, stworzyłam także listę hoteli, z których wybieralibyśmy na wypadek możliwości pojechania na wakacje…To pozwala choć na chwilę przenieść się w lepszy świat i poczuć, że jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie normalnie. Znalazłam genialną stronę z wyjątkowymi, klimatycznymi miejscami w różnych rejonach Europy. Na www.slowhop.pl wybieracie interesujący Was rejon, w moim przypadku z racji zamieszkania to Sudety i Dolny Śląsk i ukazuje nam się lista niebanalnych, urokliwych miejsc. My, w pierwszej kolejności zamierzamy wybrać się do Folwarku Wrzosówka, Domu nad Wodospadem i Złotego Jara. Sprawdźcie koniecznie, co fajnego oferuje Wasz region. 

 

A na koniec coś pysznego, szybkiego i niewymagającego. Ciągle pozostaję w klimacie jedzenia Zero Waste, TUTAJ zresztą macie nasze ulubione proste 3 przepisy, bo po prostu ograniczyłam do absolutnego minimum wyjścia do sklepów i muszę rozsądnie rozporządzać tym, co akurat mamy w lodówce. 

 

Chlebek bananowy jest typowym ciastem Zero Waste, a przy jego przyrządzaniu nie trzeba używać miksera! Dodatkowym plusem jest to, że wreszcie mogę zużyć wszystkie czekoladowe mikołaje, zajączki i wielkanocne jajeczka! Wiem, że zdrowsze byłaby polewa z gorzkiej czekolady, ale to w końcu ciacho czyszczące domowe magazyny.

Składniki:

 

  • 4 dojrzałe (najlepiej przedojrzałe) banany, rozgniecione widelcem
  • 75 g masła, roztopionego
  • pół szklanki brązowego cukru (lub mniej, chlebek jest dość słodki)
  • 2 jajka
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • szczypta soli
  • 1,5 szklanki mąki pszennej
  • uprażone wcześniej płatki migdałowe, lub uprażone jakiekolwiek posiekane orzechy (dwie garści)
  • garść rodzynek, suszonej żurawiny, śliwek suszonych – cokolwiek macie w szafce
  • 2 Łyżki powideł śliwkowych, jagodowych lub malinowych – do wyboru
  • polewa czekoladowa – najlepiej własnej roboty

 

Oto jak to zrobić:

 

Wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej. Mąkę i sodę oczyszczoną wymieszać, przesiać i odłożyć.

W przepisie tym nie trzeba używać miksera. W dużym naczyniu wymieszać roztopione masło z rozgniecionymi bananami (wystarczy rozgnieść je widelcem). Wmieszać cukier, lekko roztrzepane jajka, wanilię. Dodać mąkę wymieszaną z sodą i szczypta soli. Na koniec dodać uprażone płatki migdałowe, bakalie i powidła. Wymieszać łyżką, tylko do połączenia się składników.

Ciasto przełożyć do keksówki o wymiarach 10 x 20 cm wyłożonej papierem do pieczenia. Piec przez 50 – 60 minut w piekarniku nagrzanym do 180°C, lub krócej, do tzw. suchego patyczka. Wyjąć, przestudzić w formie, na końcu polać polewą czekoladową.

Smacznego!

Acha, kwarantanna podobno sprzyja remontom…Nie inaczej jest u nas. Przedpokój doczeka się wreszcie odświeżenia, co ogromnie mnie cieszy. Niestety, mojego entuzjazmu nie podziela moja gorsza połówka…;-) 

Sprawdź inne wpisy

14 komentarzy

  • Odpowiedz Kfiatushek 27 kwietnia 2020 at 19:18

    My na chlebek bananowy mówimy ciasto z resztek, bo on bardziej brazowe banany, których nikt nie chce jeść, tym lepsze wychodzi. Ale my robimy bez polewy.
    Tusz volume reveal dostałam ostatnio pod choinkę od szwagierki i przepadlam. Uwielbiam go.

    • Odpowiedz Anna Popis 28 kwietnia 2020 at 05:57

      U nas chlebek bananowy musi być z polewą, dodaje trochę „szlachetności” temu prostemu deserowi 🙂

      • Odpowiedz Kfiatushek 28 kwietnia 2020 at 19:51

        Junior na jutro zamówił murzynka, a ja biedna na diecie… 😩 ale oblizywanie łyżki podczas mieszania się nie liczy, prawda? 😂😂

        • Odpowiedz Anna Popis 29 kwietnia 2020 at 08:17

          No jasne, że się nie liczy! Ja za to obiecałam zrobić Małemu kogel mogel, a że nigdy nie robię niczego na porcje to i pewnie przy okazji też będę „musiała” zjeść…;-)

  • Odpowiedz Klaudia Jaroszewska 29 kwietnia 2020 at 14:04

    Ja też już mam dość wiadomości o pandemii, więc w sumie nie słucham radia i nie czytam praktycznie nic na ten temat. Też planujemy sobie, co to będzie, gdy już będzie po wszystkim. To jakoś tak napawa nadzieją 😉
    A co do ćwiczeń – z Chodakowską nigdy nie lubiłam. Ale bardzo lubię ćwiczyć z Martą Codziennie Fit (na yt).
    Hydrolat także mam różany, a drugi zakupiłam lawendowy, zacznę, gdy ten się skończy 😉

  • Odpowiedz Polenka 30 kwietnia 2020 at 10:17

    Piękna porcelana! U mnie zalega wosk z tej serii o pięknym zapachu, tylko brakuje kominka. Lubię sobie go powąchać i mi wystarczy, bo od jakiegoś czasu jestem wrażliwa na zapachy.

  • Odpowiedz Aleksandra 30 kwietnia 2020 at 11:37

    Oczywiście, czas trzeba sobie umilać. Ja codziennie z moim maluszkiem jakoś musim sobie radzić. Sama ćwiczę w domu podczas huśtania Małego na huśtwace:D Za Chodakowską nie przepadam, zdecydowanie wolałam ćwiczyć z Mel B:)
    I z Empik Premium też oczywiście korzystam!

  • Odpowiedz Martyna Soul 30 kwietnia 2020 at 19:46

    Muszę zacząć słuchać audiobooków, kiedy wykonuję jakieś domowe czynności. Zainspirowałaś mnie, aby przygotować tegoroczne wyjazdy po Polsce:)

    • Odpowiedz Anna Popis 1 maja 2020 at 07:27

      Ciężko było mi przekonać się do tego typu „czytania”, ale ostatecznie to połączenia przyjemnego z pożytecznym, dowód poparty faktem, że można robić dwie rzeczy na raz – gotować i czytać:-)

  • Odpowiedz Katarzyna 1 maja 2020 at 08:45

    Porcja ciekawych inspiracji. Zainteresowały mnie te woski zapachowe. Ja ostatnio odkryłam naturalne kadzidło – palo santo.

    • Odpowiedz Anna Popis 3 maja 2020 at 04:18

      Słyszałam o tym palo santo, ale dla mnie kadzidło ma zbyt duszący, zatykający wręcz zapach. Poza tym, jak Młody dorwie się do kadzideł u babci, to zapala je w każdym pokoju, a my się dusimy

  • Odpowiedz Świat karinki 1 maja 2020 at 12:10

    Ja przez pandemie właśnie zaczęłam ćwiczyć

  • Odpowiedz Miye 3 maja 2020 at 00:42

    Widzę, że ciekawie spędziłaś ostatni miesiąc. Bardzo lubię woski zapachowe, ale przy dzieciakach marzy mi się kominek elektryczny (dla bezpieczeństwa).

    • Odpowiedz Anna Popis 3 maja 2020 at 04:19

      Powiem Ci, że nawet nie słyszałam o takim…

    Zostaw odpowiedź