Kobiecym Okiem

Ktoś musiał umrzeć, żebym ja mogła żyć

4 stycznia 2018

 

Pamiętacie, jak mówiłam, że, poprzedni już, rok 2017 jest dla mnie czasem wyjątkowo intensywnym, udanym i przełomowym? Wreszcie postawiłam na siebie, a kiedy zobaczyłam jak dobrze robią mi rezultaty mojego „egoizmu“sama nie mogłam uwierzyć, że tak długo pozwalałam sobie wchodzić na głowę osobom, którym nigdy nie zależało na moim dobrze i sytuacjom, które zaprzątały niepotrzebnie moją głowę. Dziś wiem, że co jakiś czas trzeba zrobić czystki w otoczeniu, bo świadome „uśmiercenie“ pewnych ludzi jest równoznaczne z początkiem czyjegoś życia. Mojego życia!

Piszę ten post z pozycji osoby trochę przeczołganej przez życie. Pewnie niektórzy uśmiechną się pod nosem, ale ci, którzy mnie znają, dokładnie wiedzą o czym mówię. Można być stosunkowo młodą osobą, ale przeżyć tyle, co nie jeden stary już człowiek…Kiedyś, jak przyjdzie odpowiedni czas pewnie opowiem Wam moją historię, na którą pracowało kilka „życzliwych“ osób i nietrafionych decyzji.
Dziś nie mogę uwierzyć, że jeszcze rok temu byłam w zupełnie innym miejscu, w zupełnie innym otoczeniu, z zupełnie innymi perspektywami. To porównanie miejsca i sytuacji, w której jestem dzisiaj z tym, co było jeszcze moją codziennością do niedawna pozwala mi na pewne spostrzeżenia. Dodatkowo za kilka dni dopiszę cyferkę do Trójki z przodu i małe życiowe retrospekcje jakoś same mnie naszły:)

No właśnie, już trochę siebie znam i powiem Wam, że im dalej w las tym…LEPIEJ! (Oprócz jędrności skóry rzecz jasna!) Wiem, co mnie cieszy, co demotywuje, co denerwuje, co mi służy i czego absolutnie muszę się wystrzegać. Choć dziś wydaje mi się to zwariowane i wręcz nierealne, bo przecież mam bardzo silną osobowość, to jeszcze do niedawna pozwalałam, aby to ktoś ze swoimi brudnymi buciskami wszedł do mojego życia i zaprowadzał w nim swoje porządki! W imię poprawnych relacji, rzekomego okazania szacunku – bo tak wypada i pokory pozwoliłam sobą rządzić. Jednak zauważyłam, że mimo nie raz ugryzienia się w język, postępowania zgodnie z wytyczonym przez kogoś planem, zawsze będzie coś nie tak…Oprócz fatalnego samopoczucia – bo ulegamy, mimo iż wiemy, że to nas unieszczęśliwia, tracimy siebie, to „apetyt“ Tych osób rośnie w miarę jedzenia i jakkolwiek uległe nie byłoby moje zachowanie, tak według Innych zawsze mogło być BARDZIEJ uległe. Wszystko zaczęło odbijać się na moich relacjach z najbliższymi i w końcu zrozumiałam, że to droga donikąd. Amputowałam to towarzystwo, które przyczepiło się do mojego życia. Nie było mi ani chwili żal, może jedynie tego, że nie miałam wcześniej dość siły i wsparcia, abym mogła pozbyć się tego bałaganu. Zaczęłam wreszcie oddychać! Wreszcie miałam poczucie, że zaczynam panować nad swoim życiem – to ja mam je w garści, a nie ono mnie. Dziś jakość mojego życia niewyobrażalnie się poprawiła, pracuję jedynie nad tym, aby wspomnienie o nich nie wzbudzało we mnie żadnych uczuć, ale podobno osiągnięcie obojętności w pewnych sprawach to długotrwały proces.

Pamiętam jak byłam jeszcze w ciąży. Zamarzyła mi się sesja „z brzuszkiem“ i pozwoliłam ją zrealizować znanemu mi fotografowi. Pomysłów miałam mnóstwo, w końcu na moje (nie)szczęście zainspirowałam się sesjami gwiazd – kojarzycie prawie nagie czarno białe zdjęcia na jednolitym tle? Takie artystyczne, nie pokazujące golizny. Chciałam mieć coś takiego i z niecierpliwością czekałam na efekty sesji. Fotografowi tak spodobał się końcowy efekt, że kilka zdjęć zamieścił na swojej stronie w internecie jeszcze przed tym, jak zobaczyłam rezultaty naszej pracy. Niestety, nie każdy podzielał ten optymizm… Pech chciał, że kilka osób z bliskiego mi otoczenia wiedziało o moich zamiarach i „czuwały“nad projektem, by wygłosić swoją opinię…Dowiedziałam się, że „nie wypada“, że – cytuję: „ Jacyś zboczeńcy mogą się, przed tym masturbować“, i „ Czy ja w ogóle zdaję sobie sprawę, z tego, jak to wygląda“?? Przerażona falą krytyki poczułam się jak jakaś bezwstydnica, że zrobiłam źle, że kogoś skrzywdziłam tym…I, wydawało się, przemyślana sprawa, którą bardzo chciałam, jako pamiątkę, tylko dla siebie, nagle wydawała mi się czymś, za co powinnam się wstydzić.

Pewnie zastanawiacie się, co to za zdjęcia! Ale rozczaruję Was, tam nie było nic szokującego, ot tak, zwykłe czarno białe zdjęcia, na których nie ma grama golizny. Ale opinia innych kazała mi rozpatrywać całą sytuację w kategorii błędu, który mi się „przytrafił“. I choć jeszcze wtedy nie byłam Mamą, tak wiedziałam, że już dotyczą mnie nakazy i zakazy wiążące się z tą robotą.
Ostatecznie, po kilku dniach ochłonęłam, ale na wszelki wypadek od razu poprosiłam fotografa o zdjęcie fotografii ze strony. Tak oto w ten sposób po raz kolejny kosztem siebie pozwoliłam triumfować osobom, które nic pozytywnego nie wnoszą do mojego życia.

Nie mam pojęcia dlaczego, bo sytuacji bardziej konfliktowych miałam wcześniej zdecydowanie więcej, ale mam wrażenie, że od tego momentu zaczęłam staczać się po równi pochyłej i sięgnęłam dna, na którego spodzie była uległość wobec innych, naiwność, chowanie własnych potrzeb głęboko do kieszeni i zatracenie motywacji. Ogromną rolę w tym wszystkim odegrało brak wsparcia, samotność za granicą, właściwie samotne wychowywanie malutkiego dziecka, bo ktoś w tym czasie zarabiać na dom musiał i jad osób, które tylko czekają na potknięcie.

W tamtym już roku, 2017, zrobiłam czystki. Mogłam, bo byłam na swoim gruncie. Zarabiałam swoje pieniądze, co ogromnie dodało mi wiary w siebie, i powoli odzyskiwałam swoje życie. Odcięłam już nie tylko trucicieli życia, ale także sytuacje, które wcześniej mnie męczyły. Przestałam zadręczać się, że coś nie poszło zgodnie z moim planem. Trudno, zdarza się. Przestałam biczować się swoim niepowodzeniem na jakimś polu. Przestałam brać kogoś zdanie z ukrytą szpilą do siebie. Przestałam zwracać uwagę na podśmiechiwania pod nosem innych. Chętnie poczekam na ich sukcesy i pomysły! Przestałam na siłę podtrzymywać relacje, które były dla mnie toksyczne i nastawione tylko na branie. Przestałam narzucać na siebie kolejne już obowiązki – trzeba się nimi dzielić. Nauczyłam się, że podział ról w domu na „babskie i męskie“ już dawno odszedł do lamusa i odkurzacz równie dobrze jak do kobiecej dłoni pasuje do męskiej. Przestałam uważać, że coś mi wypada albo nie wypada zrobić. Wreszcie uśmierciłam te osoby i rzeczy, które uśmiercały mnie. I wiem, że jeśli coś mi się zwyczajnie nie chce, to jest ok! Jednego dnia mi się nie uda, drugiego wstaję i zaczynam od nowa. Bez rozdrapywania wczorajszych ran. Nauczyłam się, że to moje życie i to ja decyduję, kto dostąpi przywileju bycia w nim. A na wypadek, gdyby ktoś niedostatecznie docenił tego faktu, mam dla niego sezonowe porządki. Bez cienia poczucia winy.

Sprawdź inne wpisy

4 komentarze

  • Odpowiedz Magda 4 stycznia 2018 at 21:27

    Zgadzam się z Tobą całkowicie, ale to chyba przychodzi z wiekiem, bo ja kiedyś podobnie tak jak Ty byłam uległa, aż w końcu nie wytrzymałam i coś we mnie pękło, od tamtej pory(a było to zaraz przed 30), stwierdziłam, że skończyło się spełnianie życzeń innych (u mnie jednak główny problem był z rodziną męża, w sumie dalej jest, ale odsunęliśmy” to” od siebie, nie było innego wyjścia). Teraz nikomu nie daje sobie wchodzić na głowę i mam nadzieję, że nigdy nie dam. Niekiedy osoba młodsza jest dużo bardziej doświadczona i przede wszystkim mądrzejsza od kogoś starszego.Pozdrawiam.

  • Odpowiedz Kfiatushek 6 stycznia 2018 at 09:54

    Masz rację, bardzo dobrze zrobiłaś. Ale taka pewność siebie przychodzi z czasem i trzeba do niej dojrzeć

    • Odpowiedz Anna Popis 7 stycznia 2018 at 16:53

      Albo Ktoś naprawdę musi dać w kość, że dochodzi się do wniosku – Alko Ja, albo On…

  • Odpowiedz MaSza 15 stycznia 2018 at 09:21

    Brawo Ty 👍👍👍👍

  • Zostaw odpowiedź