Kobiecym Okiem

Kobieta z terminem przydatności

14 grudnia 2016

Staliśmy z mężem przed domem, kiedy oznajmiłam mu, że jak tylko wieczorem położę Małego spać, pójdę pobiegać. Odpowiedział, że to jego kolej, a ja mu na to, że muszę, chcę dobrze się czuć, dobrze wyglądać i być zgrabna. Wiem wiem, masakra.
I wtedy padło coś, co paść nigdy nie powinno, jak mocny cios prosto w łeb: „Dziewczyno, przecież ty masz 30 lat, nie jesteś nastolatką, jesteś fotomodelką czy co?!” Wow. Pierwsza myśl „ Co za dupek!!!!!!”, druga, „No kurde! Nie zabijaj mojej pewności siebie w jednym, wypowiedzianym podniesionym tonem, fatalnym zdaniu. Nie, nie jestem fotomodelką i nie martw się, nigdy tak o sobie też nie pomyślałabym!
I co z tego, że mam 30 lat, co z tego, jeśli miałabym 40 czy 50 i chciałabym dobrze wyglądać? Czy tylko dwudziestolatka ma prawo (może) dobrze wyglądać (i być potencjalnie tą atrakcyjniejszą), a ja do dupy, bo mam TE 30 lat i krzyż na drogę? A kto ustalił takie granice ja się pytam?
No nic, przyjęłam do wiadomości te słowa, zarejestrowałam, ale wywołały we mnie wewnętrzne oburzenie. Piszę wewnętrzne, bo byłam jeszcze w zbyt dużym szoku żeby zareagować i wyrzucić z siebie mój sprzeciw i gniew na zewnątrz. Nie powiem, przy łazienkowej okazji przyjrzałam się sobie dokładnie. No tu się coś poluzowało, tu nad czymś trzeba popracować, tu już nie jest tak, jak było (25 miesięcy karmienia piersią też swoje robi). Ale nie myślałam o sobie w kategorii „ mam już tyle lat” i ciągle chcę wyglądać dobrze??! Ciągle uważałam, że jestem młoda i oczywiste było dla mnie to, że mój mąż też tak myśli. Przecież jesteśmy prawie równieśnikami, znamy się sto lat i razem się starzejemy, choć jeszcze o tym w ogóle nie myślałam. No były punkty, obszary na ciele, których jestem świadoma, że luksusowo nie jest, ale tylko ja mogę o TYM mówić i tylko ja to chciałam widzieć! I bynajmniej nie jest to związane z wiekiem, a z kanapowym lenistwem, jakiego czasami doświadczam. W takim razie myślałam o sobie lepiej niż w rzeczywistości powinnam.
To zdarzenie dało mi sporo do myślenia, trochę podkopało moją pewność siebie, bo tak to już jest, że przykre słowa najbliższych ranią najbardziej. Naturalnie, inne odczucia wywołałyby u mnie, kiedy zostałyby wypowiedziane przez mamę, ciotkę, babcię czy koleżankę Kaśkę, ale przez męża?! To oczywiste, że chcę być w jego oczach atrakcyjna, a tu nagle dowiaduję się, że jestem już w klubie „starszych pan”, które nie powinny mieć względem siebie zbyt dużych oczekiwań, a już na pewno zbyt dużej pewności siebie, bo ich wiek z góry klasyfikuje ich do przedziału „Mniej atrakcyjne”.
I tak sobie myślę, że my kobiety mamy wytatuowaną na karku etykietę z terminem przydatności do spożycia. To kiedy w takim razie zbliżamy się do przeterminowanego okresu? I kto o tym decyduje? Nasza biologia czy mężczyzna? Bo mam wrażenie, że to drugie dziadostwo.
Oczywiście, biologia rządzi się swoimi prawami i brutalnie się z nami rozprawia już na etapie nauki tego przedmiotu w podstawówce wpajając nam, że kiedy kobieta przekroczy okres możliwości wydania potomstwa na świat, biologicznie uznawana jest za „starą” .Wstrętne słowo, ale trudno, niech im będzie. Z reszta sformułowanie „ Ostatni dzwonek” jest chyba najczęstszym, jakie pada w gabinecie ginekologa. Ale na Boga, czy przekraczając pewną granicę wieku, spadamy już do trzeciej ligi, na której mecze nikt nie przychodzi nawet popatrzeć, a o spadku do niej decydują faceci? I w końcu, kiedy jest ta „pewna granica wieku”? Czy tylko dwudziestolatki i ich niewiele lat starsze koleżanki uznawane są za te potencjalnie atrakcyjniejsze? A w dupie! Wypisuje się z czegoś takiego. Jakim to niby sposobem czas dla mężczyzn płynie wolniej? Ostatnio usłyszałam jeden z tych tekstów, które zwyczajowo nie wychodzi spoza męskiego grona, mówiący o tym, że ( tłumacząc z j.niemieckiego) „ Mężczyzna jest tak stary, na ile się czuje, a kobieta na ile czuć ją w dotyku”
Mam 30 lat, na szczęście, bo ten czas nauczył mnie wiele. On sprawił, że jestem kobietą. Na tyle dojrzałą kobietą, żeby nie sugerować się wyglądem panienek z gazet, które aż kipią od programu graficznego. Ten model piękna w ogóle mnie nie interesuje, bo nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Ale zrozumienie tego zajęło mi Aż te 30 lat. Długo przedzierałam się przez gąszcz moich wad, by wreszcie dostrzec swoje pozytywne cechy. I wiem jedno, to nie facet będzie decydował o mojej atrakcyjności a ja sama. Dorosłam, widać mężczyźni przez swoją powierzchowność nigdy nie przejdą przez tą fazę. Dla nich zawsze kobiety z okładek będą wyznacznikiem atrakcyjności, nie ważne, że podrasowanym komputerowo, oni nie przyjmują tej niewygodnej prawdy do świadomości. Z kolei nam ciężko wyrosnąć z innej fazy. Mężczyzna powinien posiadać inne cechy. Ma być zaradny, niezależny finansowo, kipiący pomysłami, z iskra, dający poczucie bezpieczeństwa. Oni też zmagają się z tymi demonami, kobiecym wyidealizowanym obrazem wymarzonego mężczyzny.
Skoro my mamy sprostać estetycznym i wiekowym wymogom, oni niech sprostają tym życiowym.

 

Sprawdź inne wpisy

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź