Kobiecym Okiem

Klub Wspaniałych Mamusiek

13 lutego 2017

Zauważyłam między nami Mamami istnienie pewnego tematu tabu. I o ile jakaś tam tajemniczość i dyskrecja czasami jest na miejscu, tak tu bywa zwyczajnie upierdliwa. Nazwałabym to wręcz zakłamaniem, a takie rzeczy tylko kobieta kobiecie może zgotować, coś w stylu Każdy ponad każdym.

Będąc w ciąży chodziłam na zajęcia szkoły rodzenia – bardzo z resztą chwalę sobie te lekcje. Chciałam się oswoić z nową sytuacją i teoretycznie przygotować na nadejście mojego Rumcajsika. A tak szczerze mówiąc, chciałam poznać nowe brzuchate koleżanki, bo w moim bliskim otoczeniu takowej nie było. Poza tym cholernie doskwierała mi samotność i znudzenie, a możliwość podzielenia się z kimś, kto ma podobne obawy i dolegliwości, działała na mnie rozluźniająco i dodawała odwagi. Lubiłam te spotkania i te dziewczyny. Bardzo chciałam kontynuować znajomości po urodzeniu dziecka. Kiedy pojawił się Mały, moje wcześniejsze wyobrażenie o macierzyństwie wzięło w łeb. Spodziewałam się nieprzespanych nocy itp. ale to, że nie miałam czasu na prysznic bo tuż po moim zniknięciu dobiegał przeraźliwy płacz z pokoju, wprawiło mnie w rozpacz. Rumcajsik od początku był bardzo absorbujący, a ja bardzo, ale to bardzo zmęczona. Po kilku tygodniach stwierdziłam przy bliskich osobach, że jeszcze nigdy tak źle nie wyglądałam. Niestety, nie zaprotestowali.

Najgorsze były włosy, bo z natury mam kręcąco puszące się i jak nie zrobię z nimi porządku przy pomocy prostownicy lub lokówki, jest wizualna katastrofa. A że nie miałam czasu na takie pierdoły, to wyszłam z założenia, że umycie włosów raz na 5 dni wystarczy, i tak je związuję. O makijażu w ogóle nie było mowy, co bardzo negatywnie odbiło się na moim wizerunku. Czasami wychodząc z dzieckiem na spacer modliłam się żebym nie spotkała nikogo znajomego, bo z tym wyglądem nijak wpisywałam się w obraz zadbanej, uśmiechniętej i pięknie promiennej młodej mamy, której tak oczekuje społeczeństwo. Tak, to były urodowo ciężkie czasy.
Czasami (tak naprawdę codziennie) z łezką w oku wspominałam okres, kiedy byłam niezależna czasowo, a jedynym moim priorytetem byłam Ja sama. Było wspaniale kiedy mogłam urządzić sobie weekendową poobiadową drzemkę, a wieczory spędzać przy lampce wina, urządzając sobie przy tym maraton filmowy. Nie mówiąc już o wieczornych wyjściach i powrotach o której godzinie tylko miałam ochotę. To były czasy! Niezależność Panie!

Wyszłam z założenia, że skoro (wydawać by się mogło) jestem blisko z moimi koleżankami z byłej szkoły rodzenia, przeżywamy mniej więcej to samo, to możemy swobodnie o takiej utracie starego życia rozmawiać. I choć miałam swoje faworytki, dziewczyny naprawdę mi bliskie, z którymi faktycznie o takich niefajnych stronach macierzyństwa rozmawiałyśmy zupełnie swobodnie, tak inne zwyczajnie były hmmm, miały inne podejście.

Kiedy spotkałyśmy się wszystkie z okazji zbliżających się roczków naszych pociech zapytałam przy luźnej rozmowie, czy nie myślą czasami o ich starym życiu, tym sprzed pojawienia się dziecka i czy nie brakuje im jego. Zauważyłam, że spojrzały tylko na siebie i z wyższością pewnie odpowiedziały „Nie”. To zasiało we mnie ziarno niepewności i pretensji do samej siebie.Czy jestem złą mamą, bo tęsknię za tym co było, za tą z teraźniejszego punktu widzenia, beztroską? Czy mi wolno? I czy to żle, że czasami marzę o kilkudniowym urlopie od wszystkiego?Bzdura, o dobowym urlopie. Tak tylko dla siebie. Przecież kocham moje dziecko najbardziej na świecie i jestem przeszczęśliwa, że je mam. Dlaczego więc nie mogę pstryknąć palcem i przestawić się na tryb „najszczęśliwsza i spełniona Kobieto- Mama? Czy posiadając coś/kogoś (w tym wypadku dziecko) muszę rezygnować z czegoś innego? To sprawa dopasowania czy kwestia organizacji czasu, z która mam problem? Zdałam sobie sprawę z tego, że będąc mamą muszę dać sobie także prawo do bycia kobietą. Taką z pragnieniami, marzeniami, wszelkimi wadami, taką prawdziwą. Przecież będąc mamą nie przestałam być kobietą i nikt nie ma prawa tego ode mnie wymagać.

Kiedy już uporałam się z tymi myślami, nagle zewsząd zaczęły atakować mnie „świetnie zorganizowane mamusie”. Och nie! Znów nie wpisuję się w ten ideał. Od czasu pojawienia się mojego Rumcajsika zawsze miałam problem z organizacją czasu. Gotowanie, sprzątanie, w między czasie zakupy, karmienie, przewijanie i wyjścia na odpowiednio długie spacery przeplatane zabawami z synkiem, a pod koniec dnia wymagany uśmiech i dobry humor przez mojego męża czasami były ponad moje siły. Znowu poprawiam – prawie zawsze były ponad moje siły. I nigdy nie ukrywałam tego, że zwyczajnie brakuje mi czasu. Chętnie też w tym momencie posłuchałabym narzekań innych mam, przynajmniej nie czułabym się osamotniona w moich problemach. To jednak nie nastąpiło, bo oto cudowne mamusie nie doświadczały tego wszystkiego. W zamian dawały do zrozumienia, że mają wszystko poukładane jak w pudelku, a ich dziecko jest przesypiającym całą noc, samoczyszczącym i samobawiącym się egzemplarzem, które już kroi schabowego nożem. Mają czas na zrobienie hybrydy na paznokciach, w między czasie zahaczenie o opalanie natryskowe, tudzież mniej modne solarium! i połknięcie trzech książek z półki bestseller roku w Empiku. To w takim razie co ze mną jest nie tak, że wyglądam jak łachudra, a jedyną książką jaką miałam w ostatnim czasie w ręku to „ Pierwszy rok życia dziecka”? przy której z resztą zasypiam po przeczytaniu pierwszego zdania. Czy faktycznie jestem taka do niczego? Czy może postawa tych matulek jest mocno naciągnięta?

Wracając do moich koleżanek i zajścia na symbolicznym urodzinowym przyjęciu, wiedziałam, że ściemniają, nie rozumiałam jedynie dlaczego. Ale po tym zdarzeniu przypomniałam sobie inne, wcześniejsze z udziałem moim i mojej innej koleżanki, która ma malucha starszego o kilka miesięcy od mojego.

Wtedy to ona zapytała się, czy puściły mi ze zmęczenia kiedyś nerwy przy Małym, bo jej już kilka razy, co miało swoje ujście w postaci bezsilnego wycia w poduszkę. Niestety, wtedy to ja byłam „Wspaniałą Mamusią i też odpowiedziałam „Nie”. Kłamałam. Dlaczego? Bo chciałam wyjść na lepszą mamę niż ona.Taką, która sobie ze wszystkim radzi, a już na pewno z własnymi emocjami. Właśnie dlatego. Cudowne mamusie, które ze wszystkim rzekomo dają sobie rade wydają się mijać z prawdą. Ja odrobiłam swoją lekcję i szczerze żałuję tej nieszczerości. I tak sobie myślę, po jaka cholerę udajemy przed sobą? Czy przyznanie się, że nowa sytuacja, jaką jest macierzyństwo, która bywa dla nas ciężka i przytłaczająca czyni z nas gorsze mamy? Nie uwierzę, ze pojawienie się dziecka niesie ze sobą tylko i wyłącznie pozytywne rzeczy. A co ze zmęczeniem, monotonią, porzuceniem swoich przyzwyczajeń, planów i przyjemności? Przecież chyba większość kobiet boryka się z tymi uniedogodnieniami. Nie zawsze byłyśmy mamami, ta rola w perspektywie całego naszego życia spadła na nas stosunkowo niedawno. I zanim zdążyłyśmy się do niej przyzwyczaić od razu narzuciłyśmy sobie tempo bycia Supermamami, Superbohaterkami, które nic nie złamie, którym nic nie jest straszne. Tak chcemy być postrzegane, a może tak wypada być postrzeganymi?

Presja otoczenia jest tak wielka, że w obawie o posądzenie bycia egoistyczną i niedojrzałą mamą boimy się przyznać i powiedzieć: „Tak, bywa że mam dość i oddałabym wszystko, aby chociaż na jeden dzień mieć wolne i robić to, na co mam tylko ochotę”.
Kobiety – Mamy, bądźmy dla siebie ludzkimi babkami. Dajmy sobie prawo do słabości, znudzenia, tęsknoty za tym co było. Jesteśmy tylko ludźmi, od których wymaga się nieco za dużo.
Bądźmy szczere w naszym gronie.

Sprawdź inne wpisy

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź