Parenting

Jedzeniowa przemoc, czyli dlaczego nie warto zmuszać dziecka do jedzenia

18 września 2017

 

Jeśli miałabym wymienić jedną rzecz, która dość mocno komplikuje nam życie, bez namysłu powiedziałabym jedzenie! Nie moje rzecz jasna, bo potrafię zjeść za dwóch, ale jedzenie mojego dziecka. I choć mogę śmiało i dumnie stwierdzić, że do niejadków On nie należy, tak ich jakość, czas podawania, rodzaj, a przede wszystkim ilość!! nie raz układają nam harmonogram dnia. Do tego dochodzi moja obsesja…Mania „pustego talerzyka”, z którą mierzę się każdego dnia i każdego dnia obiecuję sobie, że jutro będzie inaczej…

W czym tkwi problem?

 

Wszystko było cacy do czasu, kiedy moje dziecko było karmione wyłącznie piersią. Jadł kiedy chciał i tyle, ile chciał. Wiedziałam, że sam reguluje swoje zapotrzebowanie na jedzenie i ufałam mu w tej kwestii całkowicie. Nigdy zresztą nie zaglądałam do tabelek, a o siatkach centylowych wiedziałam tyle, co nic. Może to totalna ignorancja z mojej strony, może też jednak nie było takiej potrzeby, bo pięknie przybierał na wadze i nigdy do „chudzielców” nie należał. Problem pojawił się wraz z rozszerzeniem diety. Teoretycznie byłam przygotowana na ten krok i bardzo cieszyłam się możliwością podania czegoś innego, niż tylko mleko, jednak od początku moje myśli zaprzątała obawa, czy oby nie ZA MAŁO?! Straciłam zaufanie do własnego dziecka w kwestii ilości spożywanego jedzenia…”No jak to, ma jeść tylko tyle i tylko to, na co ma ochotę? Totalna bzdura!” Przy tak ruchliwym dziecku regularne, obfite posiłki to podstawa – myślałam. I tak to się zaczęło i trwa sobie do dzisiaj, jednak dopiero całkiem niedawno nauczyłam się odpuszczać. Dla zdrowia mojego dziecka i swojego.

Byłam dzieckiem niejadkiem, a moja mama zawsze powtarzała mi, że najgorszymi momentami dnia była pora karmienia i ubierania. Doskonale ją rozumiem, bo kłopoty z ubieraniem przechodziliśmy już dawno, na szczęście dzięki dobremu podejściu odeszły w niepamięć, jednak z tym jedzeniem bywało różnie. Pamiętam też, jak byłam zmuszana do jedzenia i nie bardzo wiedziałam co z tym jedzeniem zrobić, kiedy w połowie talerza zupy brzuch był już naprawdę najedzony. Mama dwoiła się i troiła, a za dodatkową łyżkę, którą naprawdę wciskałam w siebie z obrzydzeniem, była gotowa z radości skakać na głowie i chodzić na rzęsach… Dla niej pora karmienia była najgorszą porą dnia, ale mnie też…I choć działaniom moich rodziców i najbliższych przyświecała troska o mnie, tak dla mnie był to moment kombinowania i straty czasu. Po prostu nie byłam głodna wtedy, kiedy ode mnie tego oczekiwano. Zapewne podobne dylematy czasem ma moje dziecko, kiedy zbliżam się do niego z talerzem.

Na początku napisałam, że jedzenie nie raz komplikuje nam życie. Brzmi dziwnie, ale coś w tym jest. Przy każdym planowaniu wyjścia, najpierw myślę ile czasu nam to zajmie, co zje w „międzyczasie”, co zje po powrocie, o ile przesunie mi się pora obiadowa, a jeśli sporo, to jaki kaloryczny odpowiednik będę mogła zaserwować dziecku. Kiedy wybieramy się na wakacje, to pierwszą rzeczą, jaką sprawdzam są pobliskie restauracje podające potrawy zbliżone do menu mojego Malucha. Wszystko jest rozplanowane i uwarunkowane porami jedzenia i rodzajem dania spożywanego w odpowiednich godzinach. Tymczasem okazuje się, że moje dziecko nie musi aż tak rygorystycznie trzymać się moich zaleceń i przy niewielkich odchyłach od normy i w ramach wyjątku nie ucierpi na zdrowiu. To prawda, którą przyswajam każdego dnia i każdego dnia jest ona dla nie trudna do ogarnięcia…

 

Jedzeniowa przemoc

 

Przyznajcie, jakie metody stosujecie, aby tylko wcisnąć dodatkową porcję? Ja okrutne i naprawdę nie ma czym się chwalić: Psi Patrol, filmiki na Youtube z traktorami w roli głównej, lub wymagające wyższego stopnia kombinowania: naklejanki, czy malowanki. Wszystko to opanowałam do perfekcji – dziecko zagłębione w bajkowym transie, a ja sru – widelec z kotlecikiem i ziemniaczkami do dziuba. Obiad zjedzony? Zjedzony, tylko to się liczy! Nie ważne. że bez namysłu mielił jedzenie w buźce, liczy się efekt końcowy. Odwraca główkę mówiąc, że już nie chce? Nie ma problemu, odcinek Toma Holownika pomoże…Fatalnie prawda? Niektórzy, Ci bardziej zdeterminowani, stosują jeszcze metodę „ ZaZa” – za mamusię , za tatusia, za babcię, lub co równie złe – szantaż – jak nie zjesz, nigdzie nie pójdziesz…I pomyśleć, że to wszystko w dobrej mierze…

Aktualne rekomendacje brzmią: “Rodzic decyduje o tym, co dziecko zje, a dziecko – ile (i czy w ogóle) zje” i naprawdę trudno pogodzić jest się z tym zatroskanej mamie. Bo jak to w nas wpojono, okrągła buźka i brzuch to dobra wizytówka i spokojna głowa Mamy…

Dlaczego wciskanie jedzenia, stosowanie szantażu (tego na szczęście akurat nigdy nie robiłam) i włączanie telewizji na czas posiłku to takie złe pomysły? Przecież przyświeca nam w końcu troska o dziecko, chcemy aby było najedzone, zdrowe i silne! Ano dlatego, że wyrabia się nie tylko złe wzorce i nawyki żywieniowe, z których dzieci będą korzystały całe życie, ale także w dłuższej perspektywie działa się na niekorzyść Malucha, który nie będzie umiał kontrolować swojego ośrodka głodu i sytości, a to już prosta droga do otyłości lub zaburzeń łaknienia – bulimii czy anoreksji. Ja szczerze mówiąc, bardzo optymistycznie zresztą, nie biorę tego drugiego argumentu pod uwagę, ponieważ nie sądzę, aby moje dziecko mogło na takie dolegliwości cierpieć…Wiem, co teraz pomyślałyście…Jednak jest coś, co uderza we mnie jeszcze mocniej, niż te naukowe dowody! Otóż to, że wciskając kolejnego ziemniaczka, fasolkę, czy łyżkę zupy dziecku, które odwraca główkę i mówi „Nie” totalnie ignorujemy jego zdanie i potrzeby. Nie szanujemy tego małego człowieka i zmuszamy Go do czegoś, na co nie ma totalnie ochoty. I robi to jego własna, bardzo kochająca i troskliwa mama…To zwyczajna przemoc pod płaszczykiem troski…I to jest talerzykowa walka, którą toczę ze sobą. Ciężko dociera do maminej łepetyny to, że skoro dziecko nie chce jeść to (wykluczając chorobę) albo naprawdę nie jest głodne, albo nie ma ochoty na danie, które przed sobą widzi…To drugie też ciężko nam przychodzi, bo skoro stałyśmy pół dnia przy garach i nie wywołuje posiłek zachwytu w postaci opróżnionego talerza, ciężko zachować wyrozumiałość.

Obiecałam sobie, że wyluzuję i podobnie jak w przypadku karmienia piersią, zaufam mojemu dziecku. Dopóki będę widziała, że jego waga nie cierpi na nowych zasadach, do tego czasu dostosuję się do jego preferencji. Wiem, że My, Mamy, wiemy najlepiej, ale może nasze dziecko też intuicyjnie wyposażone jest w taką wiedzę? Może czasami warto zaufać i odpuścić w imię dobrych, „jedzeniowych” wspomnień z dzieciństwa? Ja zaryzykuję i nie będę zmuszała Rumcajsika do opróżniania talerza, kiedy nie bardzo ma na to ochotę, Być może inni mają rację – „Poprosi o jedzenie, jak zgłodnieje“?

 

Sprawdź inne wpisy

3 komentarze

  • Odpowiedz kfiatushek 19 września 2017 at 07:15

    Moja mama zawsze narzekała na moje „niejedzenie” jak byłam mała, ale jak Junior zaczął fisiować z jedzeniem stwierdziła, że ze mną jednak nie było tak źle.
    I też było wciskanie we mnie „jeszcze jednej łyżeczki”, co zazwyczaj kończyło się pozbyciem całego dania w postaci malowniczego pawia.
    My też mielismy takie etap, że kombinowaliśmy, żeby Junior zjadł cokolwiek, bo przecież jest głodny. Kończyło się to tym, że na stole stało siedem talerzy z różnymi daniami, z których zjadł kęs albo i nic. W końcu widząc, że krzywda mu się nie dzieje i ładnie przybiera na wadze odpuściliśmy i dobrze, bo jak Junior jest głodny, to sam mówi, że cos by zjadł. Tak samo na urlopie – jak jest głodny to mówi i podpowiada na co miałby ochotę. więc matka spokojna i dziecko najedzone 😉
    Nie martw się, nasi chłopcy są już na tyle duzi, że sami się upomną jak brzuszek będzie pusty 😉

    • Odpowiedz Monika 19 września 2017 at 07:34

      Och to ja Wam zazdroszczę takiego zaufania do dziecka. Ja też walczę z tym „pustym talerzykiem”, cieszę się, jak uda mi się mojemu dziecku wcisnąć jeszcze jedną łyżkę, nawet jeśli odbywa się to w przerwie na wzięcie głębokiego oddechu…:/ wiem, że to nie tak powinno wyglądać i wiem, że muszę odpuścić trochę, ale same wiecie jak to jest…troska o dziecko wygrywa! Raz moja córeczka miała apetyt, a ja chciałam skorzystać z okazji i co rusz jej coś podsuwałam! Skończyło się na wielkim hafcie:/ miałam ogromne wyrzuty sumienia i obiecałąm sobie, że nie będę tankowała dziecka po sam brzeg. I dobrze, że teraz przeczytałam ten tekst, bo właśnie przypomniałam sobie moje obietnice! Pozdrawiam Wszystkie czytelniczki

    • Odpowiedz Anna Popis 19 września 2017 at 18:10

      To prawda, to jest właśnie to, co jest najpiękniejsze w tym wieku, że przynajmniej jeden ciężar z pleców mniej do dźwigania 🙂 Ufam mu już na tyle, że wiem, jak głód zaglądnie do oczu to sam się upomni:) Ma swoje ulubione potrawy i takie, których nie lubi, normalne. Ja natomiast uczę się to respektować i odpuszczać talerzykową manię:)

    Zostaw odpowiedź