Kobiecym Okiem

Jak bardzo jesteś dla siebie ważna?

22 stycznia 2017

Okropnie to przyznać, ale w domowym łańcuchu pokarmowym spadłam na najniższą pozycję. Nie z przymusu, ale odnoszę wrażenie, właściwie to jestem pewna, że zrobiłam to sobie sama. Zaczęło się całkiem niewinnie i już kilka lat temu, zanim pojawił się Rumcajsik. W naszym tandemie to ja byłam tą, która wybierała najbrzydszy kawałek ciacha z blachy po to, żeby partner miał ten ładniejszy, obiad też przypadał mi w mniejszej porcji, (mimo, że potrafię zjeść męską dawkę), bo chciałam bardziej dopieścić drugą połówkę, z piciem podobnie, jak zabrakło i nikomu nie chciało się iść do sklepu, to ja rezygnowałam ze swojej części. Wyniosłam to chyba z domu, bo mama zawsze zadowalała się tymi „brzydszymi i mniejszymi porcjami” i wtedy każdy uważał to za normalne. Żebyśmy się zrozumiały – w domu nie było bidy, a po prostu babska nadgorliwość, która nigdy nie znajdzie odpowiednika w męskim świecie. Wracając do mamy, to tak nas przyzwyczaiła, a historia lubi się powtarzać! To niby takie drobiazgi, ale drobnostka do drobnostki i uzbiera się pokaźny PROBLEM!

No właśnie, problem zaczął się, jak już przejęłam rolę mamy, żony, kucharki, praczki, sprzątaczki, zaopatrzeniowca, opatrzyciela ran fizycznych i emocjonalnych, zabawiacza, pocieszacza, umoralniacza (istnieje takie słowo?) itd. Straszna ta rola kobiety! Na końcu byłam zawsze Ja! Moje potrzeby, marzenia, zmęczenie. Zawsze było to na wyspie „ To nie takie ważne”
Ostatnio przyłapałam się na jednej myśli, która zapaliła mi czerwone światełko. Wybieraliśmy się na wesele i przy przeglądzie szafy jak zwykle stwierdziłam, że „Nie mam się w co ubrać!”. Za chwilę uspokoiłam się myślą, „Dobra, jakoś to będzie, pomyślę dzień przed weselem”. I tu zatrzymałam się na chwilę, jakby ktoś porządnie trzepnął mnie w łeb. Przecież kocham modę, kocham ciuchy. Potrzebuję tej nowej sukienki choćby miała nie doczekać się kolejnej okazji. Dlaczego nie jestem dla siebie już ważna?

Sobota rano, dzień organizacyjny, a że każde ranki za sprawą Rumcajsika zaczynamy ok 6 rano, tak więc dzień mamy wyjątkowo długi. Więc pierwsze co, z zamkniętymi jeszcze oczami przygotowuję herbatkę i śniadanie dla Małego, w między czasie zdołam otworzyć jedno oko po to, żeby sprawdzić czy nastawiam właściwy program w pralce, a że pralnie mam na przeciwko sypialni, tak ścielę ciepłą jeszcze pościel. Po drodze zbieram pranie z suszarki, co by zrobić miejsce na nowe, ściereczką ściągam kurz i paprochy na podłogę bo za 10 minut wszystko wyodkurzam. Mijam męża, który w kuchni już jest w połowie swojego śniadania, a mi w brzuchu zaczyna burczeć.
Nie teraz, jeszcze muszę pomóc przy śniadaniu Małemu, bo jak talerzyk stal w kuchni tak stoi! – pomyślałam
A nerwy na męża już urastają do rangi domowej kłótni.
Spokojnie – myślę, zaraz wyżyję się odkurzając to i nerwy mi przejdą! Ludzie, oto przed wami prawdziwa kura domowa świadcząca w domu usługi All inclusive!

Pilnuję Rumcajsika żeby wszystko zjadł, dodaję porcję owoców, upominam, żeby pił herbatkę. W miedzy czasie mój mąż spałaszował śniadanie i popija poranną kawkę. Po śniadaniu wyjmuję synkowi ciuszki na dzisiaj i przypominam sobie, że czas zaraz zbierać się na zakupy, bo za chwilę wszystko wykupią i zostaną same brzydkie resztki. Dla mnie byłyby ok, ale dla rodziny musi być najświeższe i najładniejsze!

Oczywiście bez śniadania, bo nie miałam na nie czasu, wychodzę z domu i znikam na godzinę w sklepie, gdzie dzielnie upoluję najświeższe kąski. Po przepychankach przy kasie, wracam obładowana torbami by stwierdzić, że w domu nic nie poszło do przodu. Zabawki porozwalane, dziecko dalej w piżamkach, pies nie wyprowadzony. Dodatkowo słyszę plan na dziś, który zakłada, że chłopcy niedługo jadą na dzień otwarty w Straży Pożarnej i jak przyjadą, to od razu zjedzą obiad ( który jeszcze nie jest nastawiony) i wszyscy razem wychodzimy do parku. Jest przed 10 rano, a ja już czuję się skończona. Po moich małych protestach, że chciałabym po obiedzie zostać w domu i mieć trochę czasu dla siebie słyszę „ Nie będziesz kisić się w domu cały dzień”. No dobra, przyjmuję plan bez większego sprzeciwu!

I tak stoję przy tych garach, gotuję dwudaniowy obiad, co by to mieli treściwe jedzenie i zadowolone miny. Streszczam się, żeby przynajmniej z zupą wyrobić się na 12 godzinę, drugie może być troszkę później. Pół godziny później. A ja? Ja jeszcze bez śniadania, na które nie było czasu, z resztą już nawet nie czuję głodu, najadłam się zapachami z gotowania. Przy obiedzie zjadam ostatnia, bo pomagam Rumcajsikowi by łyżka poprawnie lądowała w buźce. Jak rodzinka zje, a ja dopiero zaczynam, z pokoju dobiega pytanie męża w co ubrać Małego na spacer? Przerywam swoje jedzenie szykując ubranie i pomagając przy jego włożeniu, nie muszę dodawać, że obiadu już nie dokończę, z resztą zdążył wystygnąć.

Czy to nie przypomina jakiegoś morderczego, antykobiecego układu? Kiedyś, jak moje paznokcie jeszcze wiedziały co to lakier, usta znały smak gorącej kawy, a zakupy ubraniowe robiłam w stacjonarnym sklepie zamiast w Internecie, byłam Ja i długo, długo nic. Rozumiem, że priorytety się zmieniły, ale gdzie tu ten złoty środek i czy nie zrezygnowałam z siebie za bardzo?

To pytanie niestety retoryczne i zaraz do niego wrócę, ale najpierw po wielomiesięcznej obserwacji i przeanalizowaniu mojej sytuacji wyodrębniły mi się dwie rzeczy, które mnie zabijają.

I nie jest to wina mojego męża, który nie angażuje się w domowe sprawy. To moja sprawka, bo taki schemat sama mimowolnie narzuciłam. Zawsze uważałam, że to ja najlepiej nakarmię Małego, zajmę się nim, najlepiej zrobię pranie, zakupy, obiad itd. Dokładałam sobie kolejnych obowiązków na rzecz moich potrzeb, czasami błahych, jak np weekendowa godzinka tylko dla mnie na popołudniową kawkę i poczytanie książki. W tym czasie, kiedy Moi byli na spacerze, dając mi tym samym lukę dla siebie, ja łapałam za odkurzacz, mopa, ściereczki do kurzów, albo żelazko z przekonaniem, że „ktoś to musi zrobić”. A kiedy wracali i mąż pytał się, czy trochę odpoczęłam, rzucałam mu groźne spojrzenia i nieprzyjemny ton „ A nie widzisz jakie mamy czyste okna?”. A na co ja liczyłam? Na wyrazy uznania i dozgonną wdzięczność? Nikt mi nie kazał podejmować heroicznego poświęcenia kosztem samej siebie.

Zawsze przeliczałam swój czas na rzeczy do załatwienia. Zrezygnowałam z makijażu, który notabene zajmuje 5 minut, bo uznawałam, że w tym czasie ogarnę coś w domu. Kiedy miałam ochotę odmóżdżyć się przeglądając plotkarskie portale, w głowie kołatała mi myśl, że szkoda czasu, pranie jest do wyciągnięcia z pralki. I tak błędne koło się napędzało. Jak już zdecydowałam się na siebie, np prostując niesforne włosy, co by tu wyglądać jak człowiek, wydawało mi się, że ta czynność trwa wieczność i zaraz miałam wyrzuty sumienia, których skutkiem było niedoprostowane siano na mojej głowie, bo szkoda czasu!

Teraz wiem, że takie postępowanie prowadzi do nikąd. Muszę trochę odpuścić i pomyśleć o sobie. Nic dramatycznego dla naszego budżetu się nie stanie, kiedy raz na jakiś czas kupię sobie jakiś ciuch, nie koniecznie superpraktyczny, zamiast kolejnej, setnej pary spodenek dla Małego. Nic się nie stanie, kiedy raz na jakiś czas zjemy poza domem, zamiast wielogodzinnego stania przy garach i w końcu nic się nie stanie, kiedy nie będzie w domu idealnie czysto. Stanie się natomiast wiele złego, kiedy nie zjem tyle, ile powinnam i o której powinnam. Stanie się wiele złego, kiedy będę ciągle odkładała swoje potrzeby na szary koniec , stanie się wiele złego, kiedy nie będę ważna dla siebie, bo wtedy też nie będę ważna dla innych. Stanie się wiele złego, jeśli nie zmienię tego stanu rzeczy i posłusznie poddam się samodestrukcji. Chcę być ważna dla siebie, nie potrzebuję na to dużych nakładów finansowych, a jedynie podciągnięcia siebie nieco wyżej w drabince społecznej i liście priorytetów. Albo może w ogóle wpisania siebie na nią, bo wydaje się, że sama jakiś czas temu skreśliłam swoją osobę. Zacznę od regularnego śniadania każdego ranka i kupię tą sukienkę na wesele. Bo to ważna sprawa!

 

 

Sprawdź inne wpisy

4 komentarze

  • Odpowiedz Ania 22 stycznia 2017 at 11:40

    O jak cudownie wbilaś się z tematem akurat w sobotę. Właśnie 20 minut temu moi chlopcy poszli na spacer, a ja co? Juz się zabralam za ukladanie ciuchow mlodego, jego zabawek, pozniej jeszcze posprzątać w kuchni, pranie nastawić…a niech to szlag, nie ma mowy- pomyślałam sobie. Od 9 miesięcy, czyli od kiedy Dawid pojawił się na świecie, za każdym razem, kiedy ktos się nim zajmie, ja wpadam w szał sprzątania i pracy, bo samej mi przed sobą głupio,jak zrobię coś dla siebie. Przecież tak nie może być! Można się zajechać. Dlatego dzisiaj postanowilam wejsc pod koc i dac sobie samej czas na relaks. Wchodzę w internety, a tu wpis o mnie na Twoim blogu! 👍😀 mieszkanie samo się wprawdzie nie posprząta, ale książka przecież też się sama nie przeczyta 😉

    • Odpowiedz Anna Popis 22 stycznia 2017 at 16:26

      To jest właśnie ta pułapka zastawiona na mamy. Wpadamy w nią po uszy, a uświadamiamy sobie problem naprawdę późno. Dlatego mój blog pozwala mi łapać ten balans między byciem mamą a byciem także kobietą.Nieumęczoną kobietą 🙂 Dziękuję za komentarz i trzymam kciuki za znalezienie dystansu do roli 🙂

  • Odpowiedz Aneczka 18 marca 2017 at 21:19

    Czytając Twój blog mam wrażenie jakby ktoś opisał moje losy hehe trafiłam na niego dop dzisiaj i w każdej” wolnej” czyt usypiajac moje Urwisy zabieram się za lekturę i nie mogę się oderwać! Dobrze wiedzieć że jest więcej takich mamusiek jak ja:)pozdrawiam 🙂

    • Odpowiedz Anna Popis 18 marca 2017 at 21:43

      Aneczko, widać znalazlyśmy siè w polowie drogi, bo ja dziś bardzo potrtebowalam tego komentarza🙂Dziékujé, pozdrawiam i zyczé przyjemnej lektury🙂

    Zostaw odpowiedź