Lifestyle

Czy warto jechać na Seebloggers i dlaczego przez najbliższe lata nie odwiedzę z dzieckiem polskiego morza

25 lipca 2017

 

Przez ostatnie kilka dni moją głowę zaprzątał największy event w Polsce dla blogerów – Seebloggers odbywający się w Gdyni. Spotkał mnie ogromny zaszczyt, że po 6 miesiącach blogowania zostałam zaproszona do tego grona i mogłam na licznych, jak planowałam, warsztatach i prelekcjach poszerzać swoją wiedzę i uczyć się od tworzących tą scenę. Najpierw pojawiła się wątpliwość co do składu na wyjazd nad morze – jechać sama na te 2-3 dni, czy zabierać ogon, czyli męża i dziecko. Zwyciężył altruizm i tak oto w 3 osobowym gronie pojechaliśmy do Gdyni, miasta w którym jeszcze nigdy nie było mi dane być. Plany były zacne, bo i prognoza pogody obiecująca, słoneczko, przyjemna temperatura oscylująca w granicy 25/26 stopni C, liczne atrakcje i sąsiedztwo dwóch pięknych, wiem tylko ze słyszenia, miast – Sopotu i Gdańska, inaczej mówiąc żyć nie umierać, jedynie gdzieś tam z tyłu głowy czasami pojawiała się obawa, czy podołam czasowo, ale kto by tam przejmował się drobiazgami…

Wyjechaliśmy w nocy z czwartku na piątek, tak, żeby mieć jeden dzień zapasu, zarezerwowany tylko dla nas, bo Weekend przeznaczyłam na odbywający się Seebloggers. Już podczas jazdy zaczęłam z niepokojem patrzeć w niebo. Im bliżej morza tym bardziej lało, a ja wyrwana z tropików, czyli ciepłego Dolnego Śląska, byłam ubraniowo nieprzygotowana na takie nieprzyjemności, tym bardziej że tvn-owskie pogodynki zapowiadały słoneczne i ciepłe chwile!No i faktycznie, Gdynie przywitała nas najgorzej jak mogła – 14 stopni C, wiatr i deszcz zacinający z każdej strony. Mój Panie, jak ja żałowałam, że nie wzięłam dla dziecka kaloszy, bo nawet odwiedzenie 3 galerii handlowych nie dało mi upragnionego, gumowego zakupu. W ten dzień najlepszym zawartym dealem był duży parasol, z którym nie rozstawaliśmy się do godzin wieczornych. Ale zanim to nastąpiło zwiedziliśmy port, słynną ORP Błyskawicę, kilka restauracji, gdzie tylko jedna śniadaniówka jest godna polecenia i mokrą plażę, z której nawet mewy uciekały. Przemoczeni i zmarznięci zakończyliśmy ten dzień w nadziei, że jutrzejszy nie przyniesie nam powtórki z rozrywki.

 

Seebloggers czas start

Obudziło nas słońce, nareszcie! A że zwykle wstajemy bardzo wcześnie – przed 6 rano za sprawą Młodego, zaraz po śniadaniu, czyli po 7 rano wybraliśmy się na spacer po plaży. I teraz z perspektywy czasu wiem, że to słońce było moją zgubą, ale o tym za chwilę.


Ja jednak przed 10. musiałam być w Pomorskim Parku Naukowo Technologicznym, gdzie odbywał się Seebloggers i tym samym pożegnałam moich chłopaków i pożyczyłam im udanego dnia spędzonego na plaży. Na szczęście sprawę rejestracji miałam już za sobą, gdyż zrobiłam to w piątek. Ci jednak, którzy rejestrowali się w w sobotę musieli liczyć się z ogromnymi kolejkami i nierzadko rezygnacją z porannych warsztatów, tego rozwiązania zdecydowanie nie polecam.


I teraz kilka słów o samym evencie dla tych, którzy być może kiedyś będą mieli możliwość skorzystania z tej imprezy.
Co zastałam na miejscu? Tłumy ludzi, chaos i kilka znajomych z telewizji twarzy. Czuć było ogrom tego wydarzenia, jego skalę i pracę organizatorów włożoną w ogarnięcie tego wszystkiego. Byłam żółtodziobem i mimo mapek nie bardzo wiedziałam co z czym się je i gdzie się udać, aby wziąć udział w zaplanowanych warsztatach, a jak już się tam udałam, to nie byłam pewna, czy to na pewno te warsztaty tam się odbywają. I teraz z dwudniowej perspektywy czasu wiem, że to nie była wina moich upośledzonych zdolności orientacji, a źle oznaczonych miejsc, gdzie przed każdą salą powinna być dodatkowo tabliczka z wypisanymi warsztatami, które będą miały tam miejsce. A propos właśnie warsztatów, przy zapisach nie udało mi się dostać na te najbardziej mnie interesujące i byłam już bardzo bliska rezygnacji z wydarzenia bo po co jechać kiedy nie mam możliwości wzięcia udziału w tych dla mnie najciekawszych? Na miejscu okazało się, że sporo osób nie przyszło, a nawet jeśli to i tak przy ładniejszym uśmiechu do dziewczyn pilnujących listy można było bez problemu dostać się na salę. W otwartych strefach zorganizowane zostały stoiska różnych firm i każdy mógł skorzystać z ich oferty – od stoisk makijażowych, przez kulinarne po kosmetyki dla dzieci kończąc. JEDNAK dopchanie się do któryś z nich graniczyło niemal z cudem, a widząc kolejkę i ręce wyciągnięte po gratisy zrezygnowałam z tej „przyjemności”, zresztą nie czuję się najlepiej w takich sytuacjach, kiedy udając zainteresowanie uzupełniam torbę gratisami…Nie dla mnie takie sprawy, chyba nieśmiałość i zażenowanie sytuacją biorą nade mną górę i, nie przeczę, pewnie sporo na tym tracę…Wiecie, że nawet nie napiłam się darmowej, pysznej jak widziałam, kawki? To już akurat dramat i oznajmiam wszem i wobec, że popracuję nad tą cechą charakteru :-)Wracając do zajęć, po kilku z nich spojrzałam przez okno i zobaczyłam słońce, a oczami wyobraźni widziałam mojego uśmiechniętego Malucha budującego zamki z piasku i moczącego stópki w zimnym morzu, a mnie tam nie ma…I tak oto wyszła ze mnie prawdziwa Matka Polka, bo mimo, że przyjechałam tam stricte na warsztaty i prelekcje, bijąc się z myślami zostać, czy pobyć z „Moimi”, czy chłonąć wiedzę, ostatecznie wybrałam swoją drużynę. W połowie dnia schowałam do torby mój identyfikator i wyszłam z budynku. Do mojej rodziny. Nie było mi żal.
I to jest właśnie to, jeśli dane będzie mi raz jeszcze uczestniczyć w takim wydarzeniu, nie zabiorę ze sobą „ogona”, przyjemnego, bo przyjemnego, ale jednak w starciu matka – rodzina ostatecznie zwycięży to drugie.
Resztę dnia spędziłam na plaży, jakże pięknie innej niż w dzień poprzedni.


Niedziela i kolejne warsztaty Seebloggers

Pogoda nad morzem bywa bardzo kapryśna, czego pewnie każdy doświadczył korzystając z uroków polskich plaż i tym razem znów aura nie była sprzymierzeńcem naszych planów. Zanosiło się na deszcz, jednak na szczęście tylko na „zanoszeniu się” skończyło.

W niedzielę dalszy ciąg zajęć i można było dostrzec nieco spokoju. Już nie było kolejek do stanowisk kosmetycznych, uczestnicy byli bardziej wyluzowani, mniej skupieni na rozszarpywaniu gratisów i zostaniu przyjaciółmi każdego i wszystkiego. Swoją drogą determinacja niektórych do zostania zapamiętanym mocno mnie przeraziła, ale być może tylko tacy, rozpychający się łokciami i rzęsami mają szansę na zaistnienie…? Poszłam na warsztaty dziewczyn z Pica Pica i to były najlepsze zajęcia na jakich byłam. Dziewczyny były przemiłe, pomocne i nie tworzyły żadnych barier pomiędzy sobą, a uczestniczkami. Zgłębiałyśmy wiedzę o fotografii produktowej i w końcu ktoś przekonał mnie o konieczności nabycia blendy 🙂


I tym razem skorzystałam tylko z namiastki tego, co oferowali organizatorzy w ostatni dzień Seebloggers. Moja rodzinka sms-em o treści „Co jemy? Pora iść na obiad” sprowadziła mnie na ziemię i tak oto zakończyła się moja przygoda z tegorocznym wydaniem tego eventu.

Co było super?

Sama możliwość bycia częścią tego wydarzenia. Wiedza i inspiracja zaczerpnięta od tworzących tą scenę, oraz świadomość tego, że nawet tacy „giganci” blogosfery zmagają się z takimi samymi problemami jak my, Pimpusie na tej scenie. Nieco dziwne było dla mnie uczestniczenie w tych samych zajęciach, jak chociażby Radzka, Red Lipstick Monster czy Charlize Mystery – swoją drogą niesamowicie miła, otwarta i sympatyczna dziewczyna, która zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, jakże odmienne od tego tworzonego przez pudelkowe media. Po zajęciach miałam ochotę od razu usiąść do kompa i tworzyć treści zupełnie nie przejmując się statystykami bloga, bo teraz tylko upewniłam się, że upór, systematyczność i dążenie do celu w końcu przyniesie zamierzone skutki. Taki właśnie jej sens uczestniczenia w tym wydarzeniu, a więc inspiracja i motywacja w jednym.

 

Festiwal barteru

 

Na niektórych zajęciach lokowanie produktu było strasznie nachalne i męczące. Moim celem było wyniesienie jak najwięcej wiedzy, ale nie o produkcie, lecz o technicznych aspektach tworzenia w Social mediach. Jednak nietrudno było niezauważyć, że wiele firm zrobiło sobie z blogerów darmowe poletko do reklamy swoich rzeczy? A w jaki sposób? Na większości warsztatów można było wykorzystać teorię w praktyce i zwykle wyglądało to tak, że trzeba było zamieścić zdjęcia w kanałach Social media odpowiedniego produktu i ohashtagować go nazwą firmy. Kto zrobił to najbardziej kreatywnie, dostawał jakąś drobną nagrodę. Uwierzcie mi, niektórzy dwoili się i troili aby dostać jakiś „gratisik” w torebce. A jak to się ma do gardzonej przez wszystkich blogerów współpracy barterowej? No ma się nijak i teraz wierzę i rozumiem, że organizatorzy co roku będą zapraszać coraz więcej influencerów, bo firmy mają z tego wymierne korzyści…

Co nie było fajne?

Determinacja ludzi, a może nawet i desperacja bijąca z oczu i zachowania niektórych. Kolejki do stoisk przedstawicieli różnych firm, dezorientacja w środku budynku przy znalezieniu odpowiednich sal z odpowiednimi warsztatami. Zachowanie niektórych, ale tylko niektórych, znanych blogerów też nie było fajne, chociaż z drugiej strony nie dziwię się, swoje osiągnęli, nie muszą być mili…
Nie był też fajny mój dylemat, spędzić czas na zajęciach, czy być z moimi chłopakami, z którymi faktycznie bardzo chciałam być. Czułam, że nie będąc z nimi umykają mi piękne chwile, ale będąc z nimi traciłam też możliwość uczenia się, a po to tu przyjechałam. Przekonałam się na własnej skórze, że jednak nie można zjeść ciastka i mieć ciastko…
Czy pojechałabym na kolejny Seebloggers? Zdecydowanie tak i zdecydowanie samotnie.To był niezły kopniak motywacyjny, ale taki bardzo przyjemny.

Dlaczego nie wezmę więcej dziecka nad polskie morze?

Z moim dzieckiem nad polskim morzem byłam do tej pory raz – kiedy miał 9 miesięcy i już wtedy obiecałam sobie, że to ostatni raz. Co zapamiętałam z tamtego czasu? Pakowanie toreb, wózka, baseniku, zabawek, plażowych rzeczy i przemierzanie z nimi, w najlepszym wypadku, kilkadziesiąt metrów, by ostatecznie osiąść na zaparawanowanej plaży, z której po kilku chwilach uciekaliśmy przed zbliżającą się burzą. Nie tylko pogoda w kratkę była wykańczająca, ceny również nie były lepsze, a wiadomo, że nic nie leci tak szybko w niepogodę jak kasssa. Ostatecznie, przy wnikliwej kalkulacji poniesionych kosztów wyszły mi piękne wakacje nad ciepłym morzem w hotelu z serwisem all in. Ale zaraz ktoś powie, że to takie sztampowe i nowobogackie. Może, jednak i ten wyjazd tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że nic tu po nas.


Zaczęło się od deszczu zacinającego z każdej strony i nerwowym poszukiwaniu kaloszy i parasola. Czy tak powinny wyglądać wakacje nad morzem? Nie dla mnie. Dodatkowo, przy założeniu, że moje dziecko zjada 6 posiłków w ciągu dnia, z czego 4 ciepłe, jak już dostaliśmy się na tą plażę, musieliśmy z niej schodzić co jakiś czas. Nie wykupiliśmy obiadów w żadnej stołówce, a takie rozwiązanie z dzieckiem wydaje się chyba najbardziej rozsądne. Przynajmniej przy takim, które do domowych obiadków jest przyzwyczajone. Na plaży w Orłowie w Gdyni, bo właśnie w tej dzielnicy zatrzymaliśmy się, monopol na jedzenie ma właściwie 1-2 restauracje, a podawane tam dania są wątpliwej jakości. Biorąc pod uwagę ilość turystów przypadających na te dwie restauracje otrzymujemy piękny czas oczekiwania i równie piękną cenę, bo ludzie i tak przyjdą, nie mają innego wyjścia…Wybranie małej nadmorskiej miejscowości jest zdecydowanie bardziej trafionym pomysłem.

Ktoś powie, że polskie morze jest przepiękne, jest co robić, co obejrzeć. Jasne rozumiem, plaże faktycznie są cudownie szerokie i można w pogodę przewędrować dobrych kilka kilometrów, a piasek drobny jak nigdzie indziej, ale jak dla mnie na tym plusy się kończą. Bądźmy zresztą szczere, co dla dzieci jest większą atrakcją, możliwość spędzenia całego dnia na słonecznej plaży i kąpanie się w ciepłym morzu, czy zwiedzanie zabytkowego nadmorskiego kościoła w niepogodę? Pewniak, że jutro będzie tak samo piękna pogoda, czy spoglądanie w niebo w nadziei, że Bóg da i nie popada? A dla mamy co jest lepsze, zamartwianie się co i gdzie zjecie, przy okazji stojąc w długich kolejkach, czy spokojne korzystanie z bogatej opcji Menu w dobrym zagranicznym hotelu? I to nie tak, że poprzewracało się w dupie, bo zliczając wszystkie wydatki z wakacji nad polskim morzem nierzadko otrzymamy grecki 5-cio gwiazdkowy hotel z opcją all inclusive. To po prostu czysty pragmatyzm i wygoda, tak wygoda, fizyczna i psychiczna matki. Jak dla mnie, w tym przypadku argument patriotyczny nie ma szans, tak jak znoszenie deszczu nad morzem. W końcu nie na to czeka się cały rok.

Sprawdź inne wpisy

9 komentarzy

  • Odpowiedz Iwona 25 lipca 2017 at 20:10

    Faktycznie pogoda nie zachęca, dlatego my niestety mimo uwielbienia do polskiego morza mijamy je szerokim łukiem. Ładne zdjęcia, a mnie jeszcze coś uderzyło po oczach – jesteś taka zgrabniutka aż trudno uwierzyć, że urodziłaś dziecko! Może jakiś wpis o twojej diecie i sposobach na taką figurę??

    • Odpowiedz Anna Popis 26 lipca 2017 at 18:06

      :-)Iwono ogromnie dziękuję, jednak Cie rozczaruję, nie stosuję żadnej diety, mam szybki metabolizm, a ostatnio z ćwiczeniami u mnie też słabo, mimo, że obiecuję sobie że od jutra zaczynam…I tak mija jutro i kolejne jutro itd…pewnie zna taką przypadłość niejedna kobieta 🙂 Pozdrawiam!

  • Odpowiedz MaSza 26 lipca 2017 at 12:17

    My jesteśmy właśnie nad polskim morzem. Dziś pada od rana ale co tam 🙂 ubrałam Trollkowi spodnie i kurtkę przeciwdeszczową, kalosze…sobie kurtkę i glany i poszliśmy na spacer brzegiem morza 🙂 ludzi malutko, fale wielkie, ciemne chmury i tajemniczy klimat. Podobało mi się bardziej niż jak jest słońce i ludzi mnóstwo. Sądząc po humorze Trolla jemu też się podobało. Myślę, że nie jest tak całkiem źle nad Bałtykiem 😉 pozdrawiam!

    • Odpowiedz kfiatushek 26 lipca 2017 at 14:53

      Popieram 😊 my jedziemy jutro

      • Odpowiedz Anna Popis 26 lipca 2017 at 18:11

        weźcie kalosze Kochani bo w żadnym sklepie ich już nie uraczycie, mówią, że „po sezonie” i gumiaczków nie ma…A ja zapytałam się „naprawdę PO SEZONIE?”:-) słonecznych chwil na cały wyjazd 🙂

    • Odpowiedz Anna Popis 26 lipca 2017 at 18:09

      Masza rozumiem:-) Ja jednak na wakacjach jestem nastawiona na słońce a jego deficyt źle na mnie działa, chociaż muszę powiedzieć, z perspektywy powrotu do pracy to i nawet na to zachmurzone i czasem deszczowe morze chętnie bym wróciła;-) Bawcie się pięknie i mimo wszystko tych słonecznych chwil też życzę;-):-*

      • Odpowiedz kfiatushek 27 lipca 2017 at 06:01

        Nowe blyszczace kaloszki juz czekaja na spakowanie 😊 po cichu licze na to, ze się nie przydadzą choć Junior miałby radoche, mógł w nich tupac 😉
        „Do zobaczenia” za dwa tygodnie

  • Odpowiedz Dabda 26 lipca 2017 at 16:06

    Dla mnie Trójmiasto to raj na ziemi, marzenie. Jeździmy co roku do hotelu all in :), w kwietniu lub w październiku. Nie ma tłumów, parawanów nie trzeba rozstawiać i słońce zdrowsze;) Pozdrawiam!!!

    • Odpowiedz Anna Popis 26 lipca 2017 at 18:14

      Dabda ja bardzo chciałam zwiedzić Trójmiasto, jednak grafik mi na to nie pozwolił no i ten jeden jedyny dzień słońca…Bałam się, że więcej się nie powtórzy:-) w kwietniu byłam kiedyś i miałam pogodę jak w pełni sezonu, było cudnie:-) Pozdrawiam:-*

    Zostaw odpowiedź