Parenting

Człowiek uwięziony w ciele Matki

10 września 2017

 

Jakiś czas temu przeczytałam sadomasochistyczny wpis innej mamy blogerki. Biczowała się w nim strasznie, że zdarzyło jej się krzyknąć na dziecko, że zacisnęła zęby i niemalże syczała przez nie ze zmarszczonym nosem każde słowo tak, aby jeszcze dobitniej trafiło do jej zranionego Malucha. Nie odbyło się to oczywiście bez powodu (moim zdaniem bardzo uzasadnionego), jednak już na starcie mieliśmy przerysowaną sytuację, w której dziecko to niewinne, delikatne piórko, a matka tyran i sadysta wyposażony w kolczugi gotowe porwać owe piórko na strzępy. Całe zajście opisała bardzo dobrze, bo niemalże stałam się świadkiem tego wydarzenia i czułam to napięcie, a może tylko tak mi się wydawało, bo przecież nie raz pewnie byłyśmy „bohaterem” takiej sytuacji…Owa mama, bardzo zresztą cenię sobie tą dziewczynę za naprawdę lekkie pióro, ciekawe treści i mądrą głowę, swoje zachowanie ogromnie skarciła i niemalże popadła w depresję zadręczając się swoim nieludzkim zachowaniem…Zdenerwowało mnie to, bo odleciała, a mi nie po drodze z tak wyznaczonymi trasami.

Znacie mnie już nie od dziś. Czasami zastanawiam się, jakie Dziewczyny mnie czytają, kto tam siedzi po drugiej stronie monitoru i odsiewając moje stałe czytelniczki od tych przypadkowych doszłam do wniosku, że skoro coś tu Was przyciąga, to pewnie podobne spojrzenie na świat i macierzyństwo. Idąc tym tokiem myślenia, wiecie o mnie całkiem sporo. Wiecie też, jakie mam podejście do kwestii karania dziecka. Ale jeśli jednak któraś czytelniczka jest tu przypadkowo i nie bardzo orientuje się w moim postrzeganiu świata, to powiem to dobitnie – jestem absolutną przeciwniczką jakiegokolwiek karania, JEDNAK nie chcę abyście pomyślały sobie, że trafiłyście na uosobienie oazy spokoju i Matkę Tereskę w jednym, a moje gadanie zostało odebrane jako puste słowa, bądź co gorsze, ideał, do którego wszystkim nam przecież tak daleko! Strasznie daleko! Nie jestem święta. Bynajmniej, szlag trafia mnie 10 razy dziennie i nie raz idę do sypialni zlać poduszkę z nerwów i popłakać do zasłony z bezsilności. Nie opanowałam sztuki liczenia do dziesięciu i „wydmuchiwania” złości, nie mam też jednej sprawdzonej metody na ogarnięcie buntu dziecka, bo dziś jedna metoda działa, jutro mogę nią sobie buty wytrzeć i drapiąc się po głowie zastanawiam się, co poszło nie tak. Ciągle szukam dobrych rozwiązań, które jednak na nic się zdadzą, jeśli nie uświadomimy sobie jednej, najważniejszej rzeczy, która leży u podstaw każdych wyrzutów sumienia, każdych żali i nerwów w stosunku do siebie!

Mianowicie, jestem człowiekiem, takim prawdziwym, z krwi i kości. Jakoś tak to się stało, że zostałam też wyposażona w kilka neuronów i neuroprzekaźników, które czynią mnie istotą zdolną do odczuwania, funkcjonowania i pojmowania tego świata. Cała jednak świadomość tego bierze w łeb w momencie, kiedy stajemy się mamami. Wtedy okazuje się, że nasze potrzeby są nie tylko regulowane ( wróććć – zredukowane!) przez tą Małą istotkę, ale także, a może przede wszystkim, przez tą nieco większą – przez siebie samą. Zaczyna się dosyć niewinnie, od zagłuszania własnych potrzeb snu, wypoczynku, konieczności oderwania się od pampersowego kieratu i zrobienia paznokci, poprzez ograniczenie do minimum zabiegów okołourodowych i okołozakupowych, na odebraniu sobie prawa do odczuwania i wyrażania emocji kończąc.

Jestem człowiekiem i to normalne, że ponosi mnie złość, że mam prawo być wściekła, kiedy proszę, tłumaczę, wyjaśniam co się stanie, kiedy dziecko nadal będzie ciągnęło tą zasłonę na ledwo zipiącym karniszu, a mimo to wbrew wszelkim instrukcjom i ostrzeżeniom w towarzystwie ogromnej upartości dziecka leci ta zasłona z tym ostrym jak brzytwa karniszem prosto na głowę matki. To też całkiem normalne, że się denerwuję, kiedy proszę żeby dziecko zaraz po przyjściu ze spaceru zdjęło ubłocone buty i ani się obejrzę, a już delikwent rujnuje moją jasną sofę brudnymi buciorami… Mam prawo być zła, czy dalej powinnam w kącie liczyć do nieskończoności czekając aż złość ze mnie ujdzie? Żebyśmy się dobrze zrozumiały, nie chodzi mi o wyładowaniu na dziecku swojej frustracji, bo to zwyczajne gnojstwo wyżywać się na Maluchu, który w starciu z siłą dorosłego nie ma najmniejszych szans, ale odebranie sobie prawa do reakcji, która swoje ujście znajduje w podniesionym tonie, to jak amputowanie sobie na żywca nogi w kolanie…Jestem mamą, ale jestem też, a może przede wszystkim, człowiekiem, który ż y j e. A życie to cały wachlarz emocji, smutki, radości i złości.

Jesteśmy dumne z tego, że dajemy dziecku prawo do wyrażania ich, jakiekolwiek by one nie były, nazywamy to świadomym rodzicielstwem. Dlaczego zatem zabraniamy tego sobie? Jeżeli trzymamy się pewnych nienaruszalnych! reguł nie ubliżania, nie karania i nie bicia, to nie widzę nic strasznego w tym, że w wyjątkowych sytuacjach, kiedy jesteśmy u kresu swoich sił i cierpliwości pozwolimy sobie na ujście emocji w postaci krzyku, na bycie człowiekiem, nie mamusią z plakatów, która z realnym światem nie ma nic wspólnego. Czy nie wymagamy od siebie niekiedy nadludzkich rzeczy, a kiedy nam się nie udaje tego osiągnąć popadamy w czarną rozpacz, jak ta blogowa mama, do której ciągle się odnoszę? Przecież radość, złość, smutek i łzy to ludzkie emocje, należą do życia, dlaczego więc same się z niego wykluczamy? Tak zwyczajnie po ludzku, mamy do nich prawo, ważne jest jedynie odpowiednio je kontrolować, aby nie wyrządzić drugiej osobie krzywdy, Może być to chwilowy krzyk rozpaczy, ważne żeby dać sobie do niego prawo, tak po ludzku.

Wizerunek idealnej matki tak mocno kreowany w mediach nie zostawia nawet minimalnego marginesu na pewne słabości. Zawsze musimy być w pełnej gotowości, zawsze opanowane, silne i szczęśliwe. Mając taki wszędobylski i ciężki do naśladowania wzór łatwo popaść w „niezadowolenie”, kiedy nasze zachowanie tak bardzo mija się z tym propagowanym.

 

Prawie 4 lata znajomości z moim dzieckiem pozwoliły mi na wypracowanie pewnego systemu, w obrębie którego się poruszamy. Przez ten czas starałam się poznać nieco publikacji o rozwoju Maluchów, ich percepcji postrzegania świata i sposobach na lepsze porozumienie się z nimi. Nie kruszę kopii o rzeczy, które za godzinę nie będą miały znaczenia. Nie idę na wojnę, kiedy widzę, że gra nie warta jest świeczki. Staram się przewidywać zachowania Rumcajsika i nie stwarzać konfliktowych sytuacji. Jest mi o tyle łatwiej, że jesteśmy do siebie emocjonalnie bardzo podobni i wiem co przeżywa, a może to nie zasługa naszego podobieństwa, a zwyczajne poznanie i poszanowanie charakteru i potrzeb mojego dziecka? Zawsze przyglądałam się Jego reakcjom, upodobaniom, preferencjom, w końcu słabościom i wadom. Nabrałam do nich szacunku, poznałam je i starałam się patrzeć przez pryzmat zalet, bo to coś, co czyni Go wyjątkowym. Jeżeli zabroniłabym mu na swobodne wyrażanie siebie i wymagała tylko szczęśliwej twarzy stworzyłabym Twór, który miałby spełniać moje oczekiwania. Czy bym tego chciała? W żadnym wypadku! Dlatego ja też pozwalam na to, żeby moje dziecko widziało mnie szczęśliwą, energiczną, ale też smutną, złą, wyprowadzoną z równowagi i zmęczoną. I wiem, że tak jest zdrowo, dobrze i zwyczajnie po ludzku. Tak jest szczerze. Bo nie ma chyba nic gorszego, niż narzucenie sobie ideału, do którego nie jesteśmy w stanie się nawet zbliżyć. Nie kosztem popadania w rozpacz, kiedy ludzkie emocje z nas wyjdą, oczywiście tylko pod warunkiem, jeśli swoim zachowaniem nie czynimy krzywdy temu Maluchowi.

 

Sprawdź inne wpisy

4 komentarze

  • Odpowiedz Ola 11 września 2017 at 05:56

    Sama prawda, już też nie mogę czytać tych pseudo idyllycznych tekstów innych kobiet pozbawiających Mamy ludzkich twarzy. Czasami krzyknę, czasami sie zezłoszczę i wiem, że to jest ok. Kiedy jestem zmęczona i ledwo daję radę też nie mam możliwości tego ukryć i być ciągle w gotowości. Dziecko też musi wiedzieć, że mama to Też człowiek, ma prawo być zła, zmęczona i nieezadowolona. Chyba wiem, o jakim tekście blogerki wspominasz…o tej pani, która ma chroniczną depresję i skupia wokół siebie podobne kobiety, których boli życie. Nic dziwnego, że nawet byle pierdoła, potrafi wpędzić ją w stan tak ogromnych wyrzutów sumienia. Pozdrawiam autorkę bloga 🙂

  • Odpowiedz kfiatushek 11 września 2017 at 05:57

    Skąd ja to znam. Junior jest słodko, kochany i w ogóle, ale potrafi doprowadzić człowieka na skraj załamania nerwowego i też nie raz i nie dwa wybucham. I to chyba normalne – dla mnie, bo złość jakieś ujscie znaleźć musi, i dla Juniora, bo też musi poznać granice maminej cierpliwości…
    p.s. sprawdź pocztę 😉

    • Odpowiedz Anna Popis 11 września 2017 at 20:28

      Masz rację Kfiatushku:-)Z pocztą borykam się już od 3 dni i jakieś problemy z aktualizacją uniemożliwiają mi korzystanie z niej :-/ podobno problem w krótce „się rozwiąże”…jako że doświadczenie mówi mi, że samo nic się nie zrobi, tak będę musiała poprosić jakiegoś fachowca o pomoc…Domyślam się, że coś mi napisałaś:-)

    Zostaw odpowiedź