Kobiecym Okiem

Codziennie planowałam samobójstwo

14 czerwca 2017

 

Właśnie tak. Każdego dnia byłam jego coraz bliżej i choć zawsze było to dla mnie wyjście dla tchórzy, ucieczka od życia, tak niespodziewanie sama zbliżyłam się do tej cienkiej granicy, gdzie jest na tyle do dupy, że trzeba coś z Tym zrobić.
Ostatnio sporo mi się udało. Jakiś czas temu zaczęłam pewien projekt i miałam kilka pośrednich celów, których osiągnięcie oznaczałoby wielki sukces i tylko potwierdzenie, że idę w dobrą stronę…Udało mi się! UDAŁO! A jednak po krótkiej chwili radości nastąpiło to, co zwykle, czyli przejście nad małym sukcesem do porządku dziennego i wzruszenie ramion, kiedy ktoś pogratulował. A tam…lepiej żeby nawet nie gratulował, bo doszłam do wniosku, że w zasadzie nie ma czego. Znasz to?

Rzadko kiedy porywamy się na wychowawczy freestyle, przeważnie jesteśmy propagatorkami świadomego rodzicielstwa. Przerzucamy setki kartek poradników, klikamy w dziesiątki tematycznych blogów w Internecie szukając odpowiedzi na nurtujące nas tematy. Często starannie dobieramy słowa, nie chcąc nieświadomie popełnić głupich błędów w relacji matka – dziecko. Chcemy ją zawsze ulepszać. Ale żyje w nas ogromna sprzeczność. Z jednej strony rozdajemy pochwały i artykułujemy je w przemyślany sposób( nawet partnerowi coś skapnie), z drugiej jednak nigdy nie stosujemy tej samej nagrody wobec siebie. Totalnie nie fair.

 

Nawet pies potrzebuje pochwały

 

Pisałam Wam kilka razy, że najlepszym relaksem jest dla mnie przebiegnięcie 5 km po pobliskich, ulubionych trasach. Często zabieram ze sobą naszego psa, który niekoniecznie podziela mój biegowy entuzjazm. W chwili zwątpienia, kiedy jej łapy nie nadążają za moimi stosuję pewien trik, który dodaje jej sił i pcha naprzód. Musiałybyście to zobaczyć, ale teraz musicie uwierzyć mi na słowo – zwykła pochwała pt „ Dobry pies, mądra Dziunia, dawaj jeszcze trochę” działa na nią jak dotknięcie czarodziejską różdżką. Pies odzyskuje siły i chęci. I wtedy przyszła do mnie refleksja… Kiedy w ostatnim czasie pochwaliłam siebie? Czy w ogóle kiedykolwiek to zrobiłam? Nawet za byle pierdołę, za ogarnięcie dnia, za coś, co dla matki oczywiste, za dobry obiad, za to, że miałam dobry pomysł na fajnie spędzony dzień z dzieckiem i za to, że mam ambitne plany? Skoro nawet pies potrzebuje pochwały, to dlaczego jestem wobec siebie taka skąpa?

Matka to wielofunkcyjna maszyna, która nie ma prawa się zepsuć, a jej funkcjonowanie często poddawane jest ocenie innych. Rzadko przychylnej ocenie. Każdy ma swój pomysł na Ciebie, zupełnie ignorując co ty o tym sądzisz. Mamy być wielozadaniowe – wstawać wcześnie, szykować śniadanie dla całej rodziny, ogarniać chałupę, dobrze mieszać w garach, dbać o dziecko i męża. Jedną ręką łapać za żelazko drugą za klamkę od drzwi, bo pora wyruszyć na żywieniowe łowy. Mamy cały dzień być w dobrym humorze, a jego największe rezerwy zachować na wieczór, kiedy mąż wróci do domu, żeby nie powiedział, że „ciężko nam dogodzić”. Mierzymy się ciągle z oskarżeniami dotyczącymi tego, że „siedzimy z dzieckiem w domu”, z drugiej jednak strony, jak już wybierzemy się do pracy okazujemy się wyrodnymi matkami, które przekładają kasę nad czas spędzony z dzieckiem. Nie daj Boże posłać przy tym dziecko do żłobka, bo to już w ogóle matka – nie – matka, ale nikt przy nie zaproponuje rozwiązania angażującego naszego krytykanta. I tak w tym biegu ciężko jest zauważyć małe sukcesy, którymi są szczęśliwe dziecko, ten obiad na stole, ciepły dom i żarcie w lodówce. A teraz pomyśl, ile musiałabyś nachwalić się partnera, gdyby jemu to wszystko się udało! Ile zdziwienia i podziwu byłoby w oczach innych! Ty natomiast rzadko kiedy usłyszysz słowo uznania, bo to zadania które niejako przynależą do kobiety, a kiedy ono już padnie czujesz się zakłopotana i umniejszasz sobie zasług, bo to przecież „normalne, że kobieta ogarnia to wszystko”.

Codziennie byłam coraz bliżej samobójstwa, tak jak pewnie i Ty. Zabicia własnej pewności siebie, niedocenienia tego, co robię i umniejszania swoich zasług. Zmieniłam jednak sposób myślenia, patrzę bardziej łaskawym okiem na siebie i choć często uniemożliwia mi to moja niecierpliwość, tak walczę. Walczę o siebie i o dostrzeganie tych małych sukcesów na codziennej drodze. Tego, że moje dziecko aż piszczy ze szczęścia, kiedy widzi mnie po godzinnej rozłące, tego, że w pracy cieszę się zaufaniem i dobrą opinią, tego, że udało mi się coś dobrego ugotować i ktoś poprosił o przepis, w końcu tego, że ktoś cieszy się kiedy wracam do domu.
Codziennie przed zaśnięciem wyłapuję kilka drobnych rzeczy, które sprawiły, że pojawił się w ciągu dnia uśmiech na mojej twarzy. Takich zupełnie małych, ale jakże ważnych. I chwalę się za to, bo sztuki bycia łaskawszym dla siebie trzeba się uczyć i codziennie ją ćwiczyć. Po to, by się nie unicestwić.

Sprawdź inne wpisy

1 komentarz

  • Odpowiedz Iwona 14 czerwca 2017 at 10:26

    Jakie to ważne! Ja też jestem ostatnią osobą, którą obdarowuję pochwałą, a przecież każda z nas codziennie zasługuje na garść dobrych słów. Jak Twój pies, dobre słowo i do przodu!

  • Zostaw odpowiedź