Kobiecym Okiem

Błędne koło, w które wpada większość rodziców

22 czerwca 2017

 

Ostatnio na jakimś blogu natknęłam się na dziwną przepychankę słowną. Właściwie to licytację na marki sprzętu, na której pociechy czytelniczek doskonaliły jazdę. Chodziło o hulajnogę i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie ich cena – ok 700 zł! SIEDEM stówek za taki badziew, który za 1/10 tej sumy można nabyć w Biedrze czy Lidlu przy lepszej promocji. Panie nie dawały za wygraną i rzucały na prawo i lewo markami, adorując się przy tym niesamowicie, jakby firma X była potwierdzeniem zajebiaszczości mamusi i dziecka. Podrapałam się po głowie, bo czy to ja nie idę z duchem czasu, jestem biedna jak ta mysz kościelna, a może po prostu skąpie na dziecko, bo w głowie mi się nie mieści wydawać taką sumę pieniędzy na zwykłą plastikową płytkę, kij do trzymania i dwa małe kółka?

Pamiętacie pewnie wpis o opanowaniu przez moje dziecko jazdy na rowerze…Jeśli nie, to odsyłam do tego tekstu. Pierwsze pytanie, jakie zawsze pada odnośnie tej nabytej umiejętności, to „na jakim rowerku nauczył się jeździć?“. Nie, ile trwała nauka i jak ją wspomóc, a „Jaki to był rowerek?“
Odpowiadam, że na normalnym, 14 calowym, zwykłym na dwóch kółkach. Ale to nie wystarcza, bo ludzie chcą wiedzieć „jakiej firmy?“. I widzę te ich wzruszenie ramionami i odpuszczenie tematu, kiedy mówię, że nie wiem, zwykłym, najtańszym kupionym w Decathlonie. Ciężkim jak cholera i kolorystycznie też nie porywającym. Nie ma na nim żadnych naklejek bajkowych bohaterów, nie ma frędzelków na rączkach od kierownicy, żadnych dodatkowych odblasków i podgrzewanego siodełka, żeby dupcia nie zmarzła. Nie ma loga, na widok którego dzieciaki i dorośli mdleją z zazdrości, nie ma ciężkiej wydanej kasy, która podobno wspomaga komfort jazdy, nie ma nic…

O przepraszam, jest, jest frajda, bo oto taki Zwyklak, bezimienny dwuślad, okazał się tylko rowerem i aż rowerem, na którym moje dziecko nauczyło się jeździć. Na którym uśmiech od ucha do ucha nie znika nawet po odstawieniu pod ścianę. I może właśnie tak to powinniśmy brać, bo przecież od kiedy marka sama pojedzie za Malucha? Ona nie ma tu żadnego znaczenia, a moje dziecko jest zbyt małe aby doceniało przełożenie przerzutek na ilość obrotów koła, cza jakoś tak, nie znam się na tych technicznych rzeczach:-)

Nie myślcie sobie, że jestem taka przebiegła i zachowująca zdrowy dystans do wszystkiego, bo sama dałam się złapać w pułapkę zapewniania na siłę dziecku rzeczy z górnej półki, przykładu nie muszę szukać daleko, bo w szafie – komplet pościeli za 80 euro – efekt uboczny przeglądania Instagrama…
Zauważyłam, że teraz spędzanie rodzinnego Weekendu jest bardzo „w cenie“. Najlepiej daleko, pół dnia jazdy, najlepiej jakieś zamczysko do pozwiedzania, albo kamienice z XV wieku. Najlepiej z przewodnikiem, między chmarą ludzi w miejscu, gdzie czuć ducha czasu. Dobrze też pójść do kina z dzieckiem na dwugodzinny film, albo teatr, balet, wystawę kwiatów, rollercoaster cokolwiek, co jest po prostu „Inne niż zwykle“. Wiem, też byliśmy w muzeum, gdzie na planszy oglądaliśmy symulację erupcji wulkanu, a moje dziecko aż wieszało się na rękach dając znać, że ma w tylnej części ciała takie atrakcje. Za to nie mógł doczekać się wyjścia na plac zabaw…Jechaliśmy szmat drogi po to, żeby ostatecznie głównym punktem rozrywki okazał się przydomowy plac zabaw i droga powrotna na niego.

Wtedy dotarło do mnie, że takie „atrakcje“, na które silą się rodzice i za którymi płynie gruba kasa są często zupełnie niepotrzebne. Nie przypominam sobie, aby moje dzieciństwo było usłane takimi niespodziankami. Zwykle były to gonitwy na dworze z pokrzywami w ręku, albo zabawy w chowanego, akrobacje na trzepaku, skakanie w gumę, czy też inne rzeczy, jakie same dzieciaki potrafiły sobie zorganizować. I czy to były gorsze czasy? Każda z nas ma podobne wspomnienia i tą samą odpowiedź.

Nie ma nic złego w tym, że chcemy zapewnić dziecku rozrywkę i coś wyjątkowego. Czasami jednak jesteśmy jak ten chomik w karuzeli w pogoni za czymś, co nie do końca ma sens. Bo czy hulajnoga za grubą kasę, czy oddalona o setki kilometrów „atrakcja“ jest rzeczywiście potrzebna naszemu dziecku, które jeszcze nie do końca ogarnia rzeczywistość? Często, przy ładnej pogodzie i godzinie wskazującej na to, że dzieciaków powinno być tu pełno, nie ma żywej duszy na placu zabaw. Zawsze zastanawiam się, gdzie oni są? W domu, w Galeriach, przed telewizorem, przy „rodzinnych grach“ na X- boxie? Wydaje mi się, że dla niektórych dzieciaków takie proste, d a r m o w e atrakcje, jakimi są place zabaw, zabawa z dziećmi w piaskownicy, czy podwórko przed domem są miejscem najbardziej egzotycznym. A my na siłę, zupełnie nieświadomie, wpajamy im do głowy, że tylko wydane pieniądze nadają wartość i atrakcyjność.
Nie dajmy się zwariować, często najprostsze rozwiązania okazują się najlepsze, a takie umilacze zostawmy sobie, dorosłym. Albo przynajmniej poczekajmy, aż dziecko psychicznie będzie na tyle dojrzałe, aby ogarnąć i docenić serwowane im przyjemności.

Sprawdź inne wpisy

5 komentarzy

  • Odpowiedz kfiatushek 22 czerwca 2017 at 09:07

    Mam taką „koleżankę”, która urodziła kilka miesięcy przede mną i tak się złożyło, że często spotykałysmy się na spacerach. To jest ten typ osoby, co to wózek musi być za 5000 zł, najnowsze gadżety (nieważne czy są faktycznie niezbędne, czy nie – ważne, że je ma). Na każdy temat wszystko wiedziała najlepiej, bo się naczytała internetów i sypała z rękawa gotowymi formułkami na każdy temat i WSZYSTKO wiedziała najlepiej. Z czasem jak widziałam ją już w oddali skręcałam w pierwszą lepszą uliczkę, żebysmy tylko się nie spotkały 😛 i ja myslę, że ta rowerkowe mamuski to jest dokładnie ten sam typ. Że tu nie chodzi o to, żeby dziecku pasowało, one nie rozumieją, że nie ma co wariować z różnymi mega wypasionymi zabawkami czy gadżetami, bo dziecko i tak najczęsciej najlepiej bawi się zwykła plastikową butelką po soczku czy wodzie mineralnej. Im po prostu chodzi o pokazanie ŻE MAJĄ na zasadzie zastaw się, a postaw się. Tak myslę… 🙂

    • Odpowiedz kfiatushek 22 czerwca 2017 at 10:27

      Aha, a jeszcze odnosnie wycieczek w różne mniej i bardziej egzotyczne miejsca, to mam takich znajomych (czy ja przyciągam dziwne przypadki??), którzy jeżdżą na basen do golębiewskiego, pstrykają zdjęcie na tle hotelu i wrzucają na fejsa z podpisem „weekend w gołębiewskim” 😛

      • Odpowiedz Anna Popis 22 czerwca 2017 at 12:03

        heheheheh to fest…ale słyszałam już podobne opcje;-)swoją drogą mój mąż zawsze mówił, że przyciągam dziwne przypadki;-)Teraz uważaj, bo gdy już będę popularną na całą Polskę blogerką, a Twoi znajomi dowiedzą się, jak ich przypadki bawiły czytelniczki VLZ to już znajomymi nie będą;-)) Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za komentarze!:-)

    • Odpowiedz Anna Popis 22 czerwca 2017 at 11:57

      Kfiatushku dokładnie! Chociaż lubię umilać sobie życie rzeczami z górnej półki – miałam wózek, który wart był każdego grosza i gdybym miała kupować następny na pewno byłby to ten sam, jednak na takich rzeczach jak pierwszy rowerek, czy hulajnoga to nie ma większego znaczenia firma…Chodzi o zwrócenie uwagi na to, że często najfajniejsze rzeczy mamy na wyciągnięcie ręki, a jednak wadają nam się mało atrakcyjne, bo są powszechnie dostępne i za friko

      • Odpowiedz kfiatushek 22 czerwca 2017 at 12:11

        dokladnie tak. W sumie to chyba dzieci mają największosć zdolnosc dostrzegania czegos takiego. Kiedy Junior był malutki (miał może 7 miesięcy) mimo tego, że miał kilkanascie pełne zabawek, które teoretycznie powinny go interesować, to i tak hitem okazało się okrągłe metalowe pudełeczko po cukierkach pulmoll, bo tak fajnie się tłukło jak rzucił nim o podłogę 🙂

    Zostaw odpowiedź