Film i Literatura Lifestyle

A może ta izolacja wcale nie jest taka zła? O małych przyjemnościach i bolesnej prawdzie w czasach kryzysu

18 marca 2020

 

Kiedy siadałam do pisania tego tekstu miałam totalny mentlik w głowie, bo z jednej strony odczuwam powagę sytuacji w jakiej znaleźliśmy się, ba, jestem wręcz przerażona, z drugiej jednak widzę też pozytywne aspekty naszej przymusowej kwarantanny. I tak jedno słowo zaczęło przeczyć drugiemu. Jak opowiedzieć się za beznadziejnością naszego położenia, kiedy dostrzegam światełko w tunelu?A może, jak mówić o światełku w tunelu, kiedy jesteśmy w tak beznadziejnym położeniu? Sami widzicie, sytuacja jest skomplikowana, a w obliczu rozprzestrzeniającej się choroby, można by rzec – arcy poważna!

 

Zacznę może od tej gorszej strony, po to, żeby później było już tylko lepiej, bo mam wrażenie, że jak nigdy wcześniej, potrzebujemy poklepania po ramieniu!

 

Konieczność zostania w jednym miejscu z tymi samymi ludźmi przez dłuższy okres potrafi odkryć przykre rzeczy, na które wcześniej nie zwracało się uwagi. I nie o zachowania pozostałych członków rodziny, które potrafią doprowadzić do szaleństwa tutaj mowa (bo to oczywiste) A na przykład o to, kiedy uświadamiamy sobie, ile kasy wydaliśmy na wiszące jeszcze z metkami ciuchy w szafie (po cholerę mi ta sukienka,?) albo to, że zakup białej sofy do pokoju jednak nie był najtrafniejszym wyborem, czy może to, że śnieżnobiałe niegdyś ściany aż proszą się o ponowne pomalowanie, o nieumytych oknach nawet nie wspominając. Nagle zaczynamy dostrzegać defekty, nieporządek w papierach i na półkach, kurz na regałach, dziecko pół dnia siedzące przed telewizorem, czy męża snującego się bez celu po domu, podczas gdy sprzęty w domu aż krzyczą o drobną naprawę. Jednym słowem, nadmiar wolnego czasu nie sprzyja naszemu spokojowi. Tak. Zdecydowanie to bardzo trudny, pokazujący okrutną prawdę okres. 

 

 

Światełko w tunelu

 

 

W tej calej niedoli pocieszające jest to, że wszyscy jedziemy na tym samym wózku! Muszę przyznać, że siedząc na zwolnieniu lekarskim z dzieckiem, trudnym dla mnie do zniesienia jest fakt, że moje życie musi przystopować, muszę poprzekładać zawodowe plany, podczas gdy cały świat wokół mnie funkcjonuje niezakłócenie. Teraz natomiast wszyscy mamy źle! Ha! A jeśli na podwórku sąsiada trawa nie jest bardziej zielona, to rzeczywistość wydaje się znośniejsza! 

 

Oprócz ogarnięcia nowej rzeczywistości, która bez codziennej listy spisanych rzeczy do zrobienia nie będzie funkcjonować, mamy niepowtarzalną szansę na nadrobienie zaniedbanych w codziennym biegu relacji z najbliższymi. I tu muszę przyznać, że z dość dużym zdziwieniem, a zarazem przerażeniem obserwuję reakcję ludzi, mediów i powoływanych przez nich ekspertów w dziedzinie ludzkiej psychiki i związków międzyludzkich. Wydają rady jak przeżyć, jak poradzić sobie pod jednym dachem w tym dziwnym dla nas czasie. My, jako rodzina, ludzie, którzy teoretycznie nie muszą, a chcą być razem w życiu, dostajemy instrukcję co zrobić, aby nie zwariować przebywając w swoim towarzystwie! To nie chodzi nawet o nudę, w jaką pewnie wpadniemy pozbawieni codziennych obowiązków wypełniających naszą codzienność, a o wizję konieczności, nie przywileju niestety, bycia razem. Kurcze, jakie to przykre. Jasne, są domy dysfunkcyjne, są i takie, w których mamy wkurzających teściów czy rodziców na karku, ale ja nie o nich tutaj.

 

Odnoszę wrażenie, że bardziej niż na wojnę z rozprzestrzeniającym się w zawrotnym tempem wirusem, szykujemy się na trudną sztukę przetrwania we własnym gronie. Gdzieś tam w środku chyba trochę się pogubiliśmy, bo okazuje się, że to praca, która dotychczas wypełniała każdy dzień była naszym celem, a nie tylko środkiem do niego.

Ograniczając nam codzienne wyjścia do stacjonarnej pracy i możliwość spotykania się z innymi, dostaliśmy smutny bilans w postaci prawdy, iż dotychczas w większości traktowaliśmy dom i rodzinne relacje jako znośne dla naszej psychiki codzienne 2-3 godzinne rutyny. Kolacja, szybkie ogarnięcie domowych spraw, obrządków i chwila wytchnienia, aby nazajutrz znów jak najszybciej zamknąć za sobą domowe drzwi i przenieść się do innego świata.

Tymczasem zostaliśmy postawieni pod murem, musimy zwolnić, spojrzeć na swoje życie z pewnym dystansem, ograniczyć aktywność, być ostrożnymi, rozsądnymi. Ale tym samym otworzyła się przed nami pewna możliwość i konieczność zarazem: to czas aby odnaleźć w swoim domu DOM, a w swojej rodzinie RODZINĘ, a jeśli nie bardzo odnajdujemy te wartości, to może najwyższa pora zweryfikować i uporządkować pewne sprawy? Może okazać się bowiem, że nie zbudowaliśmy jednak tak silnych relacji z najbliższymi, jak myśleliśmy, a czas bycia razem jedynie ukazał nasze braki na tym polu…

Mamy lukę i to od nas zależy czym ją wypełnimy. Czy będzie to wizja przymusowego bycia ze sobą, czy jednak przywilej i sposobność do tworzenia miłych wspomnień, które zostaną z nami na dłużej?

 

Nagle może okazać się, że przy odrobinie dobrych chęci wspólne wieczorne czytanie faktycznie ma moc, gra planszowa może okazać się świetną alternatywą dla tableta, setne już obejrzenie klasyków familijnego kina typu „Kevin sam w domu” wciąż wywołuje łzy śmiechu, a i możliwość wyjścia ( o ile zdrowie i okoliczności na to pozwolą) wyjścia do niezatłoczonego lasu będzie czymś, co będziemy wspominać z uśmiechem na twarzy w przyszłości.

 

Piszę to wszystko z perspektywy 4 dniowej zaledwie „izolacji” i ta romantyczna wizja po 10 dniach może ulec zmianie, nie mniej jednak, na ten moment domowa kwarantanna jest dla mnie czasem wyciągania wniosków i zakurzonych gier, odkrywania nowych zainteresowań mojego dziecka, wspólnym czytaniem książek, oglądaniem z Małym przygodówek do późnych godzin wieczornych, czy porządkowaniem spraw, które od dawna odkładałam na bliżej nieokreślone „kiedyś”

 

 

 

Pozostając w tematyce książek i korzystając z nadprogramowego czasu, chciałabym polecić kilka pozycji, które skradły ostatnio nasz czas i myśli. Dla każdej z nich mogłabym poświęcić osobny wpis, gdyż są naprawdę genialne!  I jestem pewna, że Wam również spodobają się nie mniej. Bardzo istotnym ostatnio kryterium przy wyborze książki dla Małego było to, żebym mogła przeczytać całą opowieść w nie więcej niż 10 minut, tak akurat przed zaśnięciem. Dłuższe opowiadania u nas się póki co nie sprawdzają, bo raz – mój syn traci zainteresowanie w połowie przydługich powieści, a druga sprawa jest taka, że czytając 40 stronnicowe bajki ja sama po ciężkim dniu odpływam. Propozycje poniżej są zatem bezpiecznym dla dwóch stron rozwiązaniem.

 

 

O miłości mojego dziecka do Alberta Albertsona, bohatera książek Gunilli Bergström pisałam już nie raz, choćby TUTAJ

jednak teraz mamy WSZYSTKIE dostępne w Polsce części tej genialnej serii (17 spośród ponad 30stu) – i uwierzcie mi, ich zdobycie nie było łatwe. Albert to chłopiec, w zależności od części, od 4 do 7 lat, który mieszka z tatą i kotem w wieżowcu na szwedzkim blokowisku. Jego perypetie są całkiem życiowe, raz ma problemy w rówieśniczej grupie, gdyż nie chce się bić z chłopakami z „zerówki”, by następnym razem popaść w tarapaty z powodu przyjaźni się z dziewczynką – Miką. Myślę, że jego siła tkwi w prostocie – jest problem, jest i jego rozwiązanie oraz możliwość identyfikacji się z trudną sytuacją Alberta. Podobno dzieci można podzielić na dwie grupy – tych, którzy Alberta uwielbiają i tych, którzy go jeszcze nie znają. Dodatkowy plus – książki to krótkie opowiadania – idealne na czytanie do poduchy. 

 

Tappi, Wydawnictwo Zielona Sowa. Ależ to piękna książka pod absolutnie każdym względem! Nasz hit znaleziony na regale w Tesco – 20 książeczek, krótkich, niezwykle ciepłych opowiadań autorstwa Marcina Mortki. Bohaterem książki jest Wiking Tappi, który nijak ma się do stereotypowego skandynawskiego wojownika. Jest trochę nieporadny, ociężały, ale bardzo przyjacielski, empatyczny, no i mieszka z reniferkiem Chichotkiem, który wielokrotnie wpędza ich w nie lada tarapaty. Obydwoje zabierają nas w podróż po Szepczącym Lesie, tam właśnie zamieszkują, i zapoznają z przyjaciółmi i ich niezwykłymi historiami. Książeczka pełna dobrych emocji, opowiadająca dzieciom czym jest przyjaźń, miłość i jak odróżnić dobro od zła. Całość podzielona na krótkie opowiadania, które przed zaśnięciem wprowadzają dziecko w bajkowy, bezpieczny świat. Super baja, niestety dość ciężko dostępna.

Opowiadania dla Przedszkolaków, Opowiadania z piaskownicy i Opowiadania do chichotania to trylogia autorstwa Renaty Piątkowskiej. Mały od razu pokochał te książeczki! Mają formę krótkich opowiadań a ich bohaterem jest Tomek – przedszkolak, który przeżywa mnóstwo nadzwyczajnych historii w całkiem zwyczajnych miejscach – w domu, w piaskownicy na podwórku, w kinie, w windzie, u fryzjera czy w sklepie. Bo najciekawsze przygody mogą przydarzyć się wszędzie, nie tylko daleko stąd, i nawet w najzwyklejszy szary dzień! 

Te opowiadania mają ogromną moc terapeutyczną, a jednocześnie są bardzo zabawne i przykuwają uwagę dziecka.

Wszystkie zaczynają się od stwierdzenia, że Tomek coś bardzo lubi lub nie. I po tym zdaniu młody czytelnik najczęściej stwierdza, że ma podobnie i tym samym przepada w świecie Tomka! A jak jeszcze dodam, że książki te wpisano na złotą listę książek polecanych przez Fundację ABC XXI patronującą akcji „Cała Polska czyta dzieciom” to już lepszej rekomendacji nie trzeba! My je uwielbiamy i bardzo ubolewamy, że to tylko trylogia. Chociaż co jakiś czas Mały prosi o ponowne przeczytanie, mimo, że zna już książki na pamięć.

 

Bodzio i Pulpet, autorstwa Grzegorza Kasdepke. Kto zna styl pisania Kasdepki (Choćby z Detektywa Pozytywki  TUTAJ LINK, ten pokocha tą serię. Tytułowi Bodzio i Pulpet to uczniowie szkoły podstawowej i najlepsi przyjaciele. Mają swoje sekrety, a największym z nich jest to, że czasami spotykają nieziemskich gości…Autor w zabawnych opowieściach pięknie przemyca aspekty edukacyjne i wychowawcze takie jak dbanie o środowisko, szacunek do innych, tolerancja czy kwestie bezpieczeństwa. Bodzio i Pulpet nie tylko bawią ale i uczą! 

 

Przyznam się bez bicia, że nie mogłam doczekać się momentu, kiedy TA książka zainteresuje moje dziecko. Tym bardziej, że ja ją kochałam i to powieść number one mojego dzieciństwa! A jak jeszcze zobaczyłam jak pięknie jest wydana, to już zupełnie przepadłam… I powiem Wam, że choćby moje dziecko nie podzielało mojej miłości do Dzieciaków z Bullerbyn, to chciałam ją mieć na regale  -wreszcie zilustrowana – i to jak! – Na szczęście nic takiego nie miało miejsca, bo Mały również doznał jej magii i to już od pierwszej strony. 

 

Dzieci z Bullerbyn Astrid Lindgren mają już 70 lat!!! I wciąż zakochują w sobie kolejne pokolenia. Kto nie zna tego wydania, poznać musi, bo choć cena może odstraszać (ok 65 zł)dzięki Mama za cudowny prezent,  to takiego klasyka, który odwdzięczy się wspaniale spędzonym czasem na wspólnym czytaniu po prostu trzeba mieć. Koniec, kropka. 

 

 

U nas jest takie powiedzenie: „Czytania się nie odmawia” i choćbym leciała wieczorem po całym dniu pracy i ganiania na twarz, a jedyne o czym marzyła to kąpiel, kocyk i jeden odcinek ulubionego serialu, tak po tym zdaniu wypowiedzianym przez moje dziecko muszę odłożyć dzikie fantazje na bok i po prostu przyznać mu rację. Sama zresztą wymyśliłam to powiedzenie i wdrożyłam je w nasze domowe życie. 

I bardzo cieszą mnie pierwsze rezultaty naszego czytania, bo Mały sam zaczyna chętnie sięgać po książki, literować i składać zdania. Dlatego też szukałam czegoś, co ułatwi mu zadanie. Taki jakby Elementarz, jednak dla nieco młodszych dzieci. Tak właśnie trafiłam na książkę Nauka Czytania Agnieszki Łubkowskiej. 

Jest przepięknie wydana, nawiązuje do Elementarza lat 90. może stąd mój sentyment do tej właśnie książki. Merytorycznie jest genialna, pomocna, łatwa w „obsłudze” dla małego czytelnika. To bezapelacyjnie książka, która pomaga opanować sztukę samodzielnego czytania. Całość podzielona jest na 3 części, które przeprowadzą młodego czytelnika krok po kroku przez naukę czytania. Pierwsza koncentruje się na nauce pojedynczych liter. Następnie dziecko przechodzi do łączenia ich w sylaby, by na końcu umieć przeczytać płynnie całe słowo To książka nie tylko dla maluchów, którzy stawiają pierwsze kroki w nauce czytania, ale także dla tych, które poznały już podstawy, ale dalej mają problemy z opanowaniem tej umiejętności. Naprawdę przydatna pozycja. Bardzo polecamy.

 

A na koniec coś, na co czaiłam się od dawna, ale jak tylko zobaczyłam tą książkę w Biedrze za super cenę( 19.90), tak prawie biegiem z motylami w brzuchu wybyłam ze sklepu trzymając ją mocno w dłoni, aby czasami nikt mi jej z zazdrości nie wyrwał.

Self – Reg Opowieści dla dzieci o tym, jak działać, gdy emocje biorą górę, Agnieszki Stążki – Gawrysiak nie jest typowym poradnikiem, bo to książka do wspólnego czytania. Zadaniem metody Self – Reg, czyli samoregulacji, jest radzenie sobie ze stresem i emocjami. Technika ta została opracowana przez prof. Stuarta Shankera. Na rodzime podwórko próbuje ją przenieść autorka książki i myślę, że całkiem udanie, bo stworzyła serię krótkich i co najważniejsze wciągających dziecko opowiadań. Poruszają one kwestię zazdrości, wybuchów gniewu, przeklinania, poczucia bezradności i innych ciężkich emocji, z jakimi musi się zmierzyć dziecko dopiero wkraczające w życie uregulowane pewnymi zasadami.

Mamy tutaj poruszony problem w ciekawej historyjce i sposób jego rozwiązania w humanitarny sposób. Nie chodzi tu o żadną pacyfikację dziecka, a raczej o danie mu narzędzi do poradzenie sobie z daną trudnością. 

Wiele „narzędzi” z książki zapożyczyliśmy, aby radzić sobie z naszą codziennością i sporo z nich są już naszymi pewniakami w kryzysowych sytuacjach. Naprawdę warto ją mieć i pracować z nią na codzień. 

 

 

PS, Długo zastanawiałam się, czy pisać o powodzie, dla którego tak długo mnie nie było…Czasami życie rzuca na kolana i długo nie pozwala powstać. Czasami w duszy deszcz pada i nie chce przestać. Czasami wszystkie działania zdają się być tak błahe i nic nie warte w obliczu sytuacji, że nawet nie ma się siły aby je podjąć. Czasami gaśnie słońce, gdy jeszcze trwa dzień.

Dziękuję za WSZYSTKO. Tęsknię. Kocham. Do zobaczenia po „Tamtej” stronie Tato. 

 

Sprawdź inne wpisy

7 komentarzy

  • Odpowiedz Kfiatushek 19 marca 2020 at 06:17

    Nawet nie wiesz jak się cieszę, że wróciłaś Aniu 🙂

    • Odpowiedz Anna Popis 19 marca 2020 at 07:16

      A ty nawet nie wiesz Olu, jak ja się cieszę, że tu jesteś 🙂

      • Odpowiedz Kasia 21 marca 2020 at 19:38

        Witaj ponownie 😊 Bardzo brakowało mi Twoich wpisów i zaglądałam tu z nadzieją, że pojawi się coś nowego.

        Kiedyś przeczytałam, że w momencie, gdy umiera człowiek, pojawia się nowa gwiazda. Może to takie banalne, ale Twój Tato na pewno jest zawsze przy Tobie.

        • Odpowiedz Anna Popis 22 marca 2020 at 16:38

          No i poryczałam się…Kasiu dziękuję:-*

  • Odpowiedz k.l 24 marca 2020 at 16:14

    Jej. Ujęłaś wszystko to, co myślę w ostatnich dniach w słowa 🙂 Bardzo mi się u Ciebie podoba 🙂 Piękne zdjęcia! 🙂
    Mam nadzieję, że uda mi się wracać do Ciebie 😉

    • Odpowiedz Anna Popis 24 marca 2020 at 16:44

      Ojej dziekuje bardzo:-) Ja tez mam nadzieje, ze bedziesz do mnie wracac :-)pozdrawiam serdecznie:-)

  • Odpowiedz tarapatka 25 marca 2020 at 08:40

    To ciężka sytuacja. Dla nas wszystkich próba. Czas pokaże jak sobie z nią poradzimy…mimo całej powagi sytuacji, ja wciąż pozytywnie patrzę w przyszłość 😉 chyba to nam zostało? Trzymaj się ciepło 🙂

  • Zostaw odpowiedź